Adam Leszczyński: Wyobraźmy sobie, że ściągam z internetu piosenkę Zbigniewa Hołdysa w MP3. Nie płacę za nią. To niemoralne? Dr Wojciech Jerzy Bober: Niemoralne. To wykroczenie przeciw własności. Zawłaszczanie efektów czyjejś
pracy.
Kradnę? - Tak, chociaż chodzi tu o własność intelektualną, w której obowiązują trochę inne reguły. Np. plagiat odróżniamy od kradzieży. Ale to podobne do kradzieży.
Załóżmy, że nigdy bym nie kupił płyty Hołdysa w sklepie. Ściągnąłem ją. Dochody Hołdysa nie zostały uszczuplone, bo i tak by na mnie nie zarobił. To też niemoralne? - Tak. To nadal niemoralne.
Dlaczego? Przecież nie zabrałem mu niczego. To co innego, niż gdybym ukradł ze sklepu czekoladę. Wtedy właściciel traci czekoladę. Hołdys nic nie traci. - Nie traci, ale nadal doszło do naruszenia pewnych norm i wartości. Albo je wyznajemy, albo nie. Jeżeli przyjmujemy istnienie praw do własności intelektualnej i uważamy, że sprawiedliwe jest, aby ktoś czerpał korzyści z efektów swojej pracy, to wtedy oczywiście niezależnie od tego, w jakich okolicznościach i po co pan ściągnął piosenkę Hołdysa, postąpił pan niemoralnie. Ale bardziej może powinniśmy obwiniać tego, kto ten plik do internetu wpuścił, wiedząc, że łamie prawa autorskie.
Jeżeli istnieją jakieś normy moralne, do których możemy się odwołać w sprawie własności intelektualnej, to są to normy związane z ochroną efektów czyjejś pracy. Efekty pracy powinny być chronione przed kradzieżą. Reguły wykorzystania efektów pracy twórczej określa prawo autorskie.
Są więc np. pewne procedury korzystania z książki. Kupujemy ją, stawiamy na półce, czytamy w bibliotece. Kopiowanie tej książki jest już uznawane za rzecz jakoś wykraczającą poza normalne użycie. Tak samo jest z utworami muzycznymi. Jeżeli jakiś domorosły Janko Muzykant nagrywa coś i wrzuca na YouTube, to przekazuje to do sfery publicznej. Ale jeśli Hołdys nie chce, żeby jego utwór był tak wykorzystywany, i nie jest to sprzeczne z zasadami obowiązującymi w społeczeństwie, należałoby to prawo Hołdysa uszanować.
Paganini nigdy nie zostawiał swoich nut, bo nie chciał, żeby ktoś je skopiował. Kiedy grał na próbie kadencję w swoim koncercie i cała orkiestra wpatrzona była, jak macha palcami, przerwał i powiedział: "i tak dalej". Opuścił ją na próbie, żeby nikt nie mógł jej skopiować.
Tak samo Hołdys uznaje, że jego
piosenki są od tego, żeby ich słuchać, a nie je kopiować.
Znam naukowców, którzy notorycznie kopiują książki. Czym to się różni od przeczytania książki w bibliotece? Biblioteka zapłaciła za jeden egzemplarz, a udostępnia go tysiącom ludzi. - Różnica jest taka: w bibliotece w danym momencie korzysta z jednej książki jedna osoba. Chociaż rzeczywiście w przyszłości może się to zmienić - kiedy książki także w bibliotekach będą w postaci plików. Ochrona praw autorskich to trochę kwestia moralności, a trochę umów społecznych. Biblioteki od zawsze udostępniały książki za darmo. Tak się utarło.
Te umowy społeczne nie powstały w magiczny sposób, tylko były negocjowane. Może teraz się właśnie zmieniają i powielanie piosenek staje się akceptowane przez wszystkich - poza ich twórcami, producentami i prawnikami. - Oczywiście jesteśmy w trakcie ustanawiania nowych umów w obszarze związanym z internetem, którego wcześniej nie było. Prawa autorskie w ogóle są nowe.
System wynagradzania twórców 200 lat temu był inny. Mieli mecenasów. Dziś utrzymują się ze sprzedaży. Poza tym jest hańbą ludzkości, że tyle osób, które stworzyły wielkie dzieła, umierało, głodując i w nędzy... Haydn, jak chciał sprzedać swoje kwartety, posyłał je równocześnie trzem wydawcom - w Paryżu, Londynie i Rzymie - pod różnymi tytułami. Trzy razy brał za nie pieniądze, bo wiedział, że może je sprzedać tylko raz, a potem będą powielane.
Zezwalając na kopiowanie, odbiera pan wielu ludziom chleb. Dzisiejszy twórca musi zainwestować czas i środki. Potrzebuje ekipy. Studia. Dlaczego mamy pozbawiać kogoś prawa, jak będą wykorzystywane efekty jego pracy?
Wyobraźmy sobie, że jestem polskim naukowcem. Mam bardzo zły dostęp do światowej literatury, bo mieszkam w Polsce. Jak spiracę całą bibliotekę książek, autorzy nie stracą, a nauka zyska, bo moja twórczość będzie lepsza. Społeczeństwo będzie miało zysk netto, może mały, ale zawsze. - To argument utylitarystyczny. Sam jestem bliski takiemu myśleniu. Ale argument, że społeczeństwo zyskałoby, gdyby prawa własności intelektualnej nie obowiązywały, nie jest dobry. Tu wraca stary problem utylitaryzmu, który przedkłada dobro ogólne nad indywidualne. Ale wszelkie bardziej rozwinięte formy utylitaryzmu też uznają, że istnieje pewna granica, poza którą dla dobra ogółu nie można ograniczać praw jednostki.
No i jeszcze jedno: nie można porównywać ściągania muzyki do ściągania dzieł naukowych. Cel jest inny. Utylitarysta byłby bardziej skłonny uznać kopiowanie książek w celach naukowych za dopuszczalne niż ściąganie muzyki dla rozrywki.
Rozumie pan, dlaczego próby zaostrzenia prawa autorskiego wywołują tak silny protest? - Myślę, że wielu internautów jest zadowolonych ze stanu, w którym kopiowanie z internetu muzyki czy filmów jest formalnie nielegalne, ale niekarane. Ale nie uznałbym, że wszyscy oni są egoistycznymi złodziejami, zwłaszcza że czasami nie wiadomo, co jest w sieci legalne, a co nie. Oni też się odwołują do wartości, które są w naszej kulturze cenione. Te wartości to wolność, a zwłaszcza wymiana informacji i wiedzy. Dochodzi tu do zderzenia wartości żywych w naszej kulturze. Na tych wartościach opiera się tzw. etyka hakerska, która ma genetyczne związki z etyką akademicką, gdzie swobodna wymiana myśli jest uznawana za podstawę działania. Internet w początku działania przejął takie wartości i jakoś próbuje je przechować. Raz z lepszym skutkiem, raz z gorszym.
*dr Wojciech Jerzy Bober
filozof i etyk, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Jest autorem książki "Powinność w świecie cyfrowym.
Etyka komputerowa w świetle współczesnej filozofii moralnej"
Przeczytaj też: "Chcecie mieć naszą pracę za friko!". Hołdys "jako jedyny" głośno broni ACTA