Szczegółowy raport Izba przedstawi Sejmowi w marcu. Wczoraj wydała tylko komunikat po kontroli zrobionej w kancelariach premiera i prezydenta,
MON i
MSZ, BOR, Dowództwie Sił Powietrznych i 36. pułku lotnictwa specjalnego, czyli instytucjach odpowiedzialnych za organizację lotów najważniejszych osób w państwie.
Wnioski
NIK są zbieżne z ustaleniami komisji Millera badającej katastrofę prezydenckiego tupolewa.
"Nieprawidłowości występujące w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego stwarzały potencjalne ryzyko zagrożenia życia i zdrowia osób korzystających z lotnictwa transportowego Sił Zbrojnych RP" - to ocena z komunikatu NIK.
Komisja Millera nacisk kładła zwłaszcza np. na brak szkolenia pilotów tupolewów na symulatorach. NIK zwraca uwagę, że w pułku "do końca 2010 roku obowiązywał system szkolenia opracowany w latach 70."!
NIK mocno akcentuje, że odpowiedzialność za sytuację w pułku (brak personelu, coraz więcej lotów, coraz słabsze wyszkolenie załóg) spada na dowództwo Sił Powietrznych i Ministerstwo Obrony. W latach 2005-10 szeregi pułku opuściło 34 doświadczonych pilotów, czyli ponad 50 proc. personelu latającego. Kontrolerzy NIK uważają, że piloci odchodzili m.in. dlatego, "że nie widzieli szans na zbudowanie przejrzystych ścieżek kariery zawodowej, racjonalne zorganizowanie służby oraz dokonanie zakupu nowoczesnego sprzętu".
To dowództwo Sił Powietrznych - zdaniem NIK - odpowiada też np. za to, że coraz częściej z floty 36. pułku korzystały osoby nieuprawnione (ministrowie, wiceministrowie czy krótkotrwały komisarz Warszawy). NIK zauważa też, że 36. pułk dysponował "sprzętem, który podlegał stopniowej degradacji technicznej", ale odkładaną przez rząd latami decyzją o zakupie nowej floty zamiast tupolewów w tym raporcie się nie zajmuje.
Izba badała bowiem tylko zgodność organizacji lotów z obowiązującymi przepisami i oceniła, że loty z 7 (premiera) i 10 kwietnia 2010 r. (prezydenta) na lotnisko Smoleńsk Siewiernyj "odbyły się niezgodnie z procedurami, bo obowiązująca w kontrolowanym okresie instrukcja organizacji lotów statków powietrznych o statusie HEAD zezwalała startować i lądować samolotom tylko na lotniskach czynnych". NIK ustaliła, że przed wizytą 10 kwietnia 2010 r. zgoda dyplomatyczna na przelot i lądowanie została przekazana jedynie telefonicznie z MSZ Federacji Rosyjskiej do ambasady RP w Moskwie, a następnie również telefonicznie do MSZ w
Warszawie. "10 kwietnia 2010 roku, w czasie gdy samolot z Prezydentem RP na pokładzie wylatywał z Warszawy, nikt z polskich urzędników nie był w posiadaniu zgody dyplomatycznej na przelot i lądowanie" - czytamy w komunikacie NIK. To kolejny powód, dla którego TU-154 M nie powinien był tamtego dnia wystartować z Warszawy.
Kontrolerzy weszli też do Biura Ochrony Rządu, ale w tej części raport jest tajny. Izba ujawniła tylko, że BOR "nie sporządzało rzetelnie analiz zagrożenia ochranianych osób".
49 tomów akt kontrolnych, ponad 1200 stron protokołów NIK przekazała Prokuraturze Okręgowej
Warszawa - Praga, która bada przygotowanie lotów do Smoleńska 7 i 10 kwietnia 2010 r. pod kątem odpowiedzialności karnej.