Szczegółowy raport Izba przedstawi Sejmowi w marcu. NIK wydał tylko obszerny komunikat po kontroli kancelarii premiera i prezydenta,
MON i MSZ, BOR i
MSWiA, Dowództwa Sił Powietrznych i 36. pułku lotnictwa specjalnego, czyli instytucji zaangażowanych w organizację lotów najważniejszych osób w państwie.
Wnioski są zbieżne z ustaleniami tzw. komisji Millera badającej katastrofę prezydenckiego tupolewa. Raport komisji (lipiec 2011 r.) - przypomnijmy - był wielkim oskarżeniem 36. pułku lotnictwa specjalnego, dowództwa sił powietrznych oraz MON. Ówczesny szef MON minister
Bogdan Klich, który protokół z badań komisji Millera poznał wcześniej, podał się do dymisji w przed publikacją raportu. Premier dymisję przyjął.
W lipcu usłyszeliśmy, że wprawdzie "uchybienia formalne nie miały wpływu na bezpieczeństwo lotu" z 10 kwietnia, ale gdy członek komisji pilot Maciej Lasek przeszedł do opisu tego, co działo się w 36. pułku, włos zaczął się jeżyć na głowie. Okazało się, że załoga wyznaczona do lotu z prezydentem "nie miała ważnych uprawnień do wykonywania lotów na Tu-154 M". Gdyby respektowano przepisy, samolot nie mógłby wystartować. Ale piloci wożący najważniejsze osoby w państwie - mówił Lasek - "ze względu na poczucie elitarności uważali, że nie muszą stosować się do przepisów"! Komisja oceniła, że "poziom wyszkolenia pilotów zagrażał bezpieczeństwu lotów".
Według NIK życie i zdrowie VIP-ów wożonych przez 36. pułk było zagrożone. "Nieprawidłowości występujące w 36. specjalnym pułku lotnictwa transportowego (SPLT) stwarzały potencjalne ryzyko zagrożenia życia i zdrowia osób korzystających z lotnictwa transportowego Sił Zbrojnych RP" - czytamy. Komisja Millera nacisk kładła np. na brak szkolenia pilotów tupolewów na symulatorach (nie odbywały się od 2008 r.). NIK zwraca uwagę, że w pułku "do końca 2010 roku obowiązywał system szkolenia opracowany w latach 70. ubiegłego wieku" (na początku 2012 r. pułk został zlikwidowany).
NIK mocno akcentuje, że odpowiedzialność na sytuację w pułku (brak personelu, coraz więcej lotów, coraz słabsze wyszkolenie załóg) spada na Dowództwo Sił Powietrznych (DSP) i ministerstwo obrony. W latach 2005 - 2010 szeregi pułku opuściło 34 doświadczonych pilotów, czyli ponad 50 proc. personelu latającego. Kontrolerzy NIK uważają, że piloci odchodzili nie tylko dlatego, że lepsze płace oferowano im w lotnictwie cywilnym, "nie widzieli też szans na zbudowanie przez DSP i MON przejrzystych ścieżek kariery zawodowej, racjonalne zorganizowanie służby oraz dokonanie zakupu nowoczesnego sprzętu".
To na DSP - zdaniem NIK - spada też odpowiedzialność za to, że coraz częściej z floty 36. pułku korzystały osoby nieuprawnione (ministrowie, wiceministrowie, czy nawet krótkotrwały komisarz Warszawy, czyli Kazimierz Marcinkiewicz).
NIK zauważa też, że "piloci z 36. pułku dysponowali sprzętem, który podlegał stopniowej degradacji technicznej", ale odkładanym przez rząd latami decyzją o zakupie floty zastępującej tupolewy, w tym raporcie się nie zajmuje.
Izba badała zgodność organizację lotów z obowiązującymi przepisami. I oceniła, że loty realizowane 7 (premiera) i 10 kwietnia 2010 r. (prezydenta) na lotnisko Smoleńsk-Siewiernyj "odbyły się niezgodnie z procedurami, bo obowiązująca w kontrolowanym okresie instrukcja organizacji lotów statków powietrznych o statusie HEAD zezwalała startować i lądować samolotom tylko na lotniskach czynnych. Tego rodzaju lotniska powinny figurować w rejestrze lotnisk dostępnym w SPLT. Lotnisko Smoleńsk - Siewiernyj nie figurowało w kwietniu 2010 roku we wspomnianym rejestrze."
Nową informacją jest ustalenie przez kontrolerów, że przed wizytą 10 kwietnia 2010 r. informacja na temat zgody dyplomatycznej dotyczącej przelotu i lądowania została przekazana jedynie telefonicznie z MSZ Federacji Rosyjskiej do ambasady RP w Moskwie, a następnie również telefonicznie do MSZ w
Warszawie. "10 kwietnia 2010 roku, w czasie, gdy samolot z Prezydentem RP na pokładzie wylatywał z Warszawy, nikt z polskich urzędników nie był w posiadaniu zgody dyplomatycznej na przelot i lądowanie." - czytamy w informacji NIK. To kolejny powód dla którego TU 154 M nie powinien był tego dnia wystartować z Warszawy.
Kontrolerzy weszli też do Biura Ochrony Rządu, w tej części raport NIK jest jednak tajny. Izba ujawniła w środę tylko, że BOR "nie sporządzało rzetelnie analiz zagrożenia ochranianych osób, zajmujących kierownicze stanowiska w państwie". NIK potwierdza też, że przed wizytami 7 i 10 kwietnia funkcjonariusze BOR nie dokonali sprawdzenia stanu lotniska w Smoleńsku. Ale zaznacza, że "nie przewidywały tego procedury Biura (w stosunku do lotnisk nieczynnych)". Kontrolerzy zwracają też uwagę, że "rekonesansem na lotnisku Smoleńsk - Siewiernyj nie było przede wszystkim zainteresowane DSP i SPLT [dowództwo sił powietrznych i pułk]".
49 tomów akt kontrolnych, ponad 1200 stron protokołów, Najwyższa Izba Kontroli przekazała Prokuraturze Okręgowej
Warszawa -Praga, która bada przygotowanie lotów do Smoleńska 7 i 10 kwietnia 2010 r. pod kątem odpowiedzialności karnej.