Minister edukacji Krystyna Szumilas tłumaczyła wczoraj w Sejmie, dlaczego rząd zaplanował przesunięcie obowiązku szkolnego dla sześciolatków o dwa lata - do 2014 r.
Już w tym roku kończy się trzyletni okres przejściowy, w którym
rodzice mogli decydować na własną rękę, posłać sześciolatka do szkoły, czy zostawić w przedszkolu, od września 2012 r. wszystkie sześciolatki miały iść obowiązkowo do pierwszej klasy. Tylko że na szkołę dla malucha zdecydowało się raptem kilkanaście procent rodziców.
Minister wyliczyła wprawdzie, że w większości, bo w 90 proc. gmin, sześciolatki chodzą do szkół. Jednak te
dzieci uczą się nie tylko w pierwszych klasach, ale również w przedszkolnych zerówkach, tylko ulokowanych w szkołach. - W aż 92 gminach (na 2479) nie ma w szkole ani jednego sześciolatka - przyznała min. Szumilas.
Gdyby obowiązek szkolny dla sześciolatków wszedł zgodnie z planem do szkół poszedłby więc zdublowany rocznik. Rząd więc zrezygnował. Ale za dwa lata będzie jeszcze gorzej, bo liczba sześciolatków będzie jeszcze wyższa. Czemu więc przesuwać termin? - W 2014 r. nie będzie trudniej. We wszystkich rocznikach w szkołach podstawowych będzie tyle samo dzieci, co w latach 2005/06 (czyli wtedy, kiedy było jak dotąd najmniej dzieci w szkołach), potem ta liczba jeszcze będzie rosła - mówiła wczoraj Szumilas. Z rozpędu powiedziała nawet "niestety", chociaż to właśnie niż demograficzny jest dziś problemem.
Jak
MEN chce się przygotować do nowego terminu dla sześciolatków? - Chcę wykorzystać ten czas na upowszechnienie wśród rodziców informacji o korzyściach, jakie płyną z wczesnej edukacji - mówiła Szumilas. Na początek próbowała przekonać posłów: - Dziś dzieci rozwijają się szybciej, przedszkolak potrafi więcej niż my, jest biegły np. w obsłudze komputera, garnie się do pisania i czytania. Dziecko na tym etapie potrzebuje umiejętności organizowania informacji, a to gwarantuje szkoła.
Podobnych argumentów używała minister edukacji poprzedniej kadencji
Katarzyna Hall. Po dwóch latach fiaska reformy również uważała, że rodzicom trzeba uświadamiać korzyści z wczesnej edukacji, używała podobnych sformułowań. Z jakim skutkiem?
- Jak można liczyć, że te same argumenty, które dotąd nie przekonały rodziców, teraz podziałają? - mówiła w Sejmie Karolina Elbanowska z Ratujmaluchy.pl.
Działacze tego ruchu zebrali ponad 340 tys. podpisów pod projektem ustawy, która ma obowiązek szkolny dla sześciolatków nie tylko odroczyć, ale całkowicie znieść (czeka na rozstrzygnięcie w Sejmie), odbierają też od rodziców setki listów - można je czytać na stronie internetowej ruchu. Są w nich opisy problemów emocjonalnych dzieci z klas, w których spotkały się dzieci siedmioletnie po zerówkach z niepiszącymi jeszcze sześciolatkami po przedszkolach. Również opisy warunków lokalowych w szkołach, np. szatni w piwnicach, tłoku na szkolnych stołówkach, gdzie sześciolatek przepycha się po
obiad ze starszymi uczniami.
Jeszcze wczoraj w Sejmie posłanka PO Izabela Leszczyna wygłosiła zdanie, że fiasko reformy to wina "negatywnej propagandy" niektórych rodziców. O sześciolatki pytali minister też posłowie PiS. - Czy sprawdziliście, jakie są warunki w szkołach? Szkoły są nieprzygotowane, odkładanie nic nie da - mówiła Marzena Machałek.
Dziś w Sejmie kolejna dyskusja o sześciolatkach - MEN przedstawi projekt nowelizacji ustawy z odroczeniem obowiązku dla maluchów.