To prawie 2 mln ludzi pracujących na etatach oraz na umowach-zlecenie i o dzieło lub tzw. samozatrudnionych.
Po trzech latach poprawy w zeszłym roku znów zaczęło ich przybywać. Powód? Autorzy raportu podkreślają, że wpływ na to miała m.in. rosnąca liczba umów czasowych, które dla pracowników oznaczają niższą płacę, gorsze warunki zatrudnienia i brak możliwości rozwoju, bo pracodawcy nie chcą w nich inwestować.
W Polsce na takich umowach pracuje aż 27 proc. pracowników, najwięcej w całej Unii. Firmy w kryzysie czują się niepewnie i nie proponują im stałych umów o pracę. Na umowach czasowych pracują latami, a ich zarobki nie rosną. Sytuacja materialna aż 40 proc. pracowników zatrudnionych czasowo nie poprawiła się w ostatnich czterech latach.
Wśród samozatrudnionych aż 28 proc. żyje w biedzie, a wśród etatowców 8 proc. - czytamy w raporcie Komisji Europejskiej.
W najtrudniejszej sytuacji są pracownicy słabo wykwalifikowani. Związać końca z końcem nie może 28 proc. zatrudnionych z wykształceniem podstawowym. W gorszej sytuacji od Polaków są w całej Europie tylko Rumuni. Dla porównania, w Skandynawii ten odsetek bez względu na wykształcenie nie przekracza 5 proc. Ale tam jest mniejsze rozwarstwienie płac i nawet za proste prace fizyczne pracownicy są dobrze wynagradzani.
W trochę lepszej sytuacji są Polacy po szkołach średnich - 13 proc. nie może się utrzymać z pracy. A wśród absolwentów szkół wyższych - jedynie 3 proc.
Ludziom marnie zarabiającym rząd chciał pomóc, podnosząc
płacę minimalną. Od przyszłego roku wzrośnie ona z 1386 do 1500 zł brutto. Dotyczy to jednak tylko pracowników zatrudnionych na etatach. Nie obejmuje samozatrudnionych ani pracujących na umowę-zlecenie czy o dzieło. Nawet gdy wykonują tę samą pracę co etatowcy.
Dr Iga Magda z Instytutu Badań Strukturalnych: - Z doświadczeń innych krajów europejskich wynika, że podnoszenie
płacy minimalnej nie jest wyjściem. Części pracowników to pomoże, inni zostaną zwolnieni, bo firm nie będzie na nich stać, a bezrobotni nie dostaną pracy. Już lepszym rozwiązaniem byłyby specjalne zasiłki dla biednych pracujących.
Wprowadzono je pilotażowo w Wielkiej Brytanii. Osoba, która zaczyna pracę, przez rok dostaje zasiłek na konto, ale nie może go wypłacić. Jeżeli po roku zdecyduje się zostać na stanowisku, może zabrać pieniądze. Ma to trwale związywać tę osobę z rynkiem pracy.
Takie rozwiązanie pomogłoby bezrobotnym, których biedapłaca zniechęca do szukania pracy. Niska wprawdzie
pensja, ale powiększona o zasiłek jest bardziej atrakcyjna niż
bezrobocie. Bez tej zachęty bezrobotni wolą korzystać z pomocy państwa i dalej dorabiać na czarno. - To nie ich wina, są złapani w pułapkę. Przecież z własnej woli nikt nie chce pogorszyć swojej sytuacji materialnej - mówi dr Magda.
Zasiłki dla biednych pracujących chciał wprowadzić minister Michał Boni. W raporcie "
Polska 2030" zaproponował, żeby bezrobotni, którzy znajdą pracę, mogli przez pewien czas pobierać je razem z pensją. Zachęcałoby to ich do podejmowania zatrudnienia i wyjścia z szarej strefy. Na razie z tamtych planów nic nie wyszło.
Czytaj także: Pracujących biednych będzie przybywać