To wnioski z sobotniej konferencji "Skuteczna Ochrona Prawna Przeciwko Dyskryminacji Kobiet" zorganizowanej przez Komisję Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej
-Bez równego traktowania kobiet i mężczyzn nie ma prawdziwej demokracji. A dyskryminacja kobiet w Polsce jest faktem - mówił otwierając konferencję prezes NRA Andrzej Zwara.
Adwokatura przygotowała katalog praw kobiet: *rozwój i awans; *równy udział we wszystkich sferach życia; *równość w małżeństwie; *w
pracy; *w zabezpieczeniu społecznym; *gwarancja powrotu na to samo stanowisko po urlopie macierzyńskim; *zakaz zwalniania z powodu ciąży lub urlopu; *gwarancja zachowania obywatelstwa w przypadku zawarcia małżeństwa z obcokrajowcem; *taka sama ochrona na wsi i w mieście.
Adw. Bartłłomiej Raczkowski zwrócił uwagę, że silna ochrona praw kobiet wobec pracodawców obraca się przeciwko nim: - Pracodawcy nie chcą zatrudniać kobiet nie dlatego, że gorzej pracują - wiedzą, że pracują lepiej. Nie chcą jednak ponosić konsekwencji finansowych ich zbyt silnej ochrony. Ochrona nadmierna oznacza w praktyce brak ochrony. Nie można oczekiwać od pracodawcy, że będzie działał na własną szkodę - mówił. Jego zdaniem zamiast zakazywać zwolnienia w okresie ciąży czy w okresie przedemerytalnym należy zakazać zwolnień z powodu ciąży czy z powodu wieku. - Dziś mamy sytuację, że nie można zwolnić pracownicy
w ciąży nawet dyscyplinarnie: np. za to, że nie przychodzi do pracy bez zwolnienia.
Na konferencji mówiono o dyskryminacji w ogóle. Wszyscy byli zgodni, że obowiązująca od roku tzw. ustawa równościowa nie pomaga w dochodzeniu równego traktowania, a uchwalono ją na odczepnego, by zapobiec unijnym karom za niewdrożenie dyrektyw równościowych. Krzysztof Śmiszek, szef z Polskiego Towarzystwa prawa Antydyskryminacyjnego przypomniał, że chroni wybiórczo. Np. nie gwarantuje równości w edukacji ze względu na płeć, niepełnosprawność, wiek i orientację seksualną. Z kolei w dostępie do służby zdrowia nie można dyskryminować tylko ze względu na pochodzenie narodowe czy rasowe i płeć. A nie ma zakazu dyskryminacji z powodu niepełnosprawności czy wieku.
Dyskutanci, w tym prof. Ewa Łętowska, b. RPO i b. sędzia Trybunału Konstytucyjnego, oraz Katarzyna Gonera, sędzia Izby Pracy Sądu Najwyższego podkreślały, że nawet tych okrojonych zakazów dyskryminacji nie ma jak egzekwować w sądach, bo te rozumieją równość bardzo wąsko. Wąsko rozumie ją też
Trybunał Konstytucyjny, który art. 32 konstytucji: "Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny" interpretuje tak, że nie chodzi w nim o każdą dyskryminację, a tylko o dyskryminację w zakresie praw wymienionych w konstytucji. To zaś uniemożliwia np. powoływanie się na konstytucyjny zakaz dyskryminacji w przypadku dostępu do usług czy w ogóle w stosunkach z prywatnymi podmiotami - bo konstytucja dotyczy tylko relacji władza-obywatel. Mirosław Wróblewski, dyrektor Zespołu Prawa Konstytucyjnego w Biurze RPO, zajmujący się u rpo kwestiami równości zauważył, że RPO jako organ wyznaczony do ustawą "równościową" do ochrony przed jej naruszaniem nie może się angażować w sprawy dotyczące podmiotów prywatnych -np. pracodawców prywatnych, dostawców energii czy właścicieli klubów, którzy nie wpuszczają osób niepełnosprawnych, starszych czy Romów. Konstytucyjnie powołany jest tylko do pilnowania przestrzegania praw obywatelskich przez władzę. - Staramy się to robić okrężną drogą, zwracając się do organów władzy, które nadzorują te prywatne podmioty - zaznaczył.
Prof. Łętowska zwróciła uwagę, że Trybunał Konstytucyjny nie pomaga skarżącym, którzy złożą nie dość fachową skargę "poprawić" ją np. w trakcie rozprawy. - Skutek jest taki, że w sytuacji, gdzie rzeczywiście doszło do dyskryminacji oddala się skargę. To zaś owocuje tym, że nie tworzą się w sprawach równościowych dobre standardy, które potem stosowałyby sądy i władza publiczna - mówiła.
To choroba także sądów powszechnych i Sądu Najwyższego, co przyznawali zgromadzeni na sali prawnicy. Sąd chętnie pozbywa się sprawy pod byle pretekstem lub nie widzi dyskryminacji, bo strona nie potrafi jej zgrabnie wykazać. - Problemem jest to, że proces cywilny jest w pełni kontradyktoryjny: sędzia nie dochodzi do prawdy, a jedynie rozważa argumenty przedstawione przez strony. Zwycięża ta, która zrobi to lepiej, a niekoniecznie ta, która ma rację. Jeśli strona nie jest reprezentowana przez prawnika - a tak jest w sprawach równościowych, gdzie z jednej strony jest osoba dyskryminowana, a z drugiej firma czy urząd - jej szanse są niewielkie - mówiła sędzia Gonera.
Kolejny problem wynikający z ustawy "równościowej": teoretycznie można się domagać pieniędzy od tego, kto dopuścił się dyskryminacji. Ale ustawa przewiduje tylko "odszkodowanie". Żeby otrzymać odszkodowanie trzeba udowodnić konkretną, materialną szkodę. - W przypadku osoby odmiennej rasowo, której nie chciano obsłużyć w jakimś sklepie taką szkoda może być jedynie zwiększone zużycie zelówek w butach spowodowane przejściem do drugiego sklepu - zauważyła prof. Łętowska.
Ustawa powinna oprócz "odszkodowania" przewidzieć też "zadośćuczynienie" - takie orzeka się za tzw. straty moralne: upokorzenie, cierpienie. - W prawie europejskim w pojęciu "odszkodowanie" mieści się i odszkodowanie i zadośćuczynienie. Ktoś, kto pisał ustawę jako wykonanie prawa unijnego tego nie zauważył - oceniła sędzia Gonera.
Uczestnicy konferencji byli zgodni, że należy uchwalić prawdziwą ustawę równościową, a bo "ogryzek", który jest teraz do niczego się nie przydaje. Zaś sądy powinny z większą starannością i sercem podchodzić do spraw z zakresu dyskryminacja, bo jeśli nie będzie dobrego orzecznictwa, zakaz dyskryminacji pozostanie martwy.