Agnieszka Kublik: Palikot wprowadza się na Rozbrat, do legendarnej siedziby SLD. Coś się kończy, ale czy coś się zaczyna? Marek Borowski, senator niezależny, kiedyś członek SLD: To typowe dla Palikota, wykonać szokujący ruch i pokazać prężność swojej partii. Palikot toczy z SLD wojnę, a wojna polega także na zdobywaniu terenu.
Gdyby pan był dziś w SLD, też by pana ciągnęło do Palikota? - Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć, bo z SLD rozstałem się 7 lat temu z powodów merytorycznych i to po kilku nieudanych próbach ratowania partii. Ja i inni odeszliśmy w przekonaniu, że z tej mąki chleba nie będzie. I to się potwierdziło. Więc ja siebie dziś w SLD wyobrazić nie mogę. Natomiast Ruch Palikota, choć jest prężny i bardziej dynamiczny i ma lidera, który jest bardziej pomysłowy niż ktokolwiek inny, to dziś jest wielka niewiadoma. Ale rozumiem, że dla części członków SLD, którzy szukają swojego miejsca, Palikot może być atrakcyjny.
Palikot wielka niewiadoma, a Sojusz to nie? - Z Palikotem jest o tyle łatwiejsza sytuacja dla ludzi, którzy szukają swojego miejsca, że jest to ruch nowy, tworzy nadzieję, że można zrobić coś nowego. W SLD jest przekonanie, że nic nowego nie może się stać.
A co się może stać 10 grudnia podczas Konwencji? - W porządku obrad są chyba tylko dwa punkty: dymisja Napieralskiego i wybór nowego przewodniczącego. Z tego chyba żadna myśl programowa nie powstanie.
Po wyborze mają być przedstawione nowe propozycje programowe partii. - To dobrze, zobaczymy, jaki to będzie program. Jeśli chodzi o lidera, to nazwiska są znane.
Raczej jedno nazwisko... - Oczywiście Leszek Miller się nie zgłosił, ale Leszek Miller zgłasza się wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja. Ja uważam, że z punktu widzenia logiki funkcjonowania tej partii rzeczą sensowną byłoby, żeby szef klubu był liderem partii. Leszek Miller był w latach 1997-2001 szefem partii i klubu, wtedy to była duża partia, która szykowała się do objęcia władzy. Dużo
pracy było.
Ale co jest łatwiejsze: utrzymanie partii czy jej ratowanie? - Oba wyglądają ma mission impossible. Ale życzę sukcesu.
Czyli wierzy pan w Millera? - To jest wielka niewiadoma. Leszek Miller wyprowadził SLD na wyżyny sukcesu, a jednocześnie przez niego lewica się zapadła. Jeżeli wyciągnął wnioski z przeszłości, jeżeli wie, jak to robić, to może ma szansę. Nie chcę go przekreślać, ale jak do tej pory, przewodniej myśli nie widać.
Miller proponuje w partii "grubą kreskę", zaprasza wszystkich, którzy kiedyś odeszli. Wszystkich tylko nie pana, bo - jak mówił w wywiadzie dla "Gazety" - "ma z panem problem", bo "w trudnym momencie rozbił pan SLD i do dziś ponosimy tego skutki". - No właśnie, to jest cały Leszek Miller! To znaczy, że nie chce przyjąć do wiadomości, że jest sprawcą tej klęski.
Nie rozumie powodów, dla których pan odszedł z SLD. - To zupełnie bez sensu! Na Kongresie w 2003 r. ostrzegałem, ale cała reszta świetnie się bawiła. W siedmiu punktach wymieniłem zagrożenia i mówiłem, co trzeba zrobić. Nic nie zrobiono. Potem była konwencja w 2004 r. i znów nic nie zrobiono. W sondażach Sojusz zjechał do 9 proc. Wtedy wyszliśmy z partii, a więc to, co złe, już się stało, zanim opuściliśmy partię. Leszek Miller nie chce tego przyjąć do wiadomości. Wzywanie dziś do tego, by ci którzy kiedyś Sojusz, opuścili, wracali, to jest mówienie w próżnię. Na SLD nie odbuduje się już lewicy, z Sojuszem może tak.