"Nie można wykluczyć, że zaszła sytuacja nielojalności państwa wobec swojego funkcjonariusza, który został postawiony w sytuacji bez wyjścia" - to fragment tajnego orzeczenia, które 10 października 2011 r. wydał Sąd Okręgowy w
Warszawie. Jednocześnie ten sam sąd stwierdził, że Tomasz Turowski, wieloletni dyplomata, a ostatnio ambasador tytularny w Moskwie, jest kłamcą lustracyjnym.
Wyrok wydaje się schizofreniczny. Oznacza, że - zdaniem sądu - Turowski ukrył swoje związki ze służbami specjalnymi PRL, ale służby specjalne niepodległej Polski nie ochroniły przed dekonspiracją swojego wieloletniego oficera.
Treść wyroku, cały proces i postępowanie lustracyjne w IPN objęte są klauzulą najściślejszej tajności. "Gazecie" udało się poznać trochę szczegółów ujawnionych podczas rozpraw.
Sprawa Turowskiego stała się głośna, bo ambasador był w kwietniu 2010 r. jednym z organizatorów zakończonej tragicznie wizyty delegacji prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku. 10 kwietnia 2010 r. w chwili katastrofy samolotu był obecny na lotnisku. Informacje z IPN, że w czasach PRL był agentem służb specjalnych, rozgrzały prawicowe media, które zaczęły zadawać pytania o jego "rolę w Smoleńsku". Gdyby nie to, Turowski byłby tylko jednym z kilkudziesięciu pracowników MSZ, których IPN oskarżył o kłamstwo lustracyjne.
Tyle że podczas procesu wyszło, że tym samym IPN ujawnił człowieka, który do 2007 r. był czynnym oficerem Agencji Wywiadu ulokowanym w polskich placówkach dyplomatycznych.
Agent od kleryków Ze służbami specjalnymi PRL Turowski związał się w 1972 r. Po przeszkoleniu został funkcjonariuszem XIV wydziału departamentu wywiadu MSW. Wydział ten zajmował się tzw. nielegałami, czyli funkcjonariuszami, których "pod przykryciem" wysyłano na tajne misje. Turowski trafił najpierw do Watykanu jako kleryk w zakonie jezuitów w Rzymie. Początkowo jego zadaniem nie była jednak inwigilacja Stolicy Apostolskiej, lecz przeniknięcie do struktur jezuitów, którzy pełnili funkcję kapelanów przy wojskach NATO rozmieszczonych w Europie. W 1978 r., po wyborze
Karola Wojtyły na
papieża, centrala zmieniła Turowskiemu priorytety. Na początku lat 80. - prawdopodobnie na skutek obawy dekonspiracji - Turowski przeniósł się do Francji, gdzie również usytuowany był "przy jezuitach". Jako kleryk przeniknął m.in. do środowiska paryskich "Spotkań". Nie przyjął jednak święceń kapłańskich. Do Polski wrócił w 1985 r. Cały czas na etacie w służbach pracował oficjalnie w prasie wydawanej przez Stronnictwo Demokratyczne (pisma "Epoka" i "Myśl Demokratyczna").
W 1990 r. pozytywnie przeszedł weryfikację i od 1993 r. zaczął pracę w MSZ. Ciągle "na podwójnym etacie" pracował najpierw jako naczelnik wydziału rosyjskiego i wiceszef departamentu Europa II. Od 1996 do 2001 r. był ministrem pełnomocnym Ambasady RP w Moskwie, a od 2001 do 2005 ambasadorem Polski na Kubie. Do kraju wrócił w 2005 r. i przez dwa lata pracował w departamencie strategii i planowania MSZ z tytułem ambasadora tytularnego. W 2007 r. odszedł z dyplomacji, by założyć prywatną spółkę, która jako przykrywka działalności wywiadowczej zajmowała się handlem z Rosją.
W lutym 2010 r. wrócił do MSZ i objął stanowisko kierownika wydziału politycznego ambasady w Moskwie.
Swoi go "kinuli" To właśnie na biurko w ambasadzie dostał 13 grudnia 2010 r. telefon z IPN. Dzwoniła prokurator Aneta Rafałko z Biura Lustracyjnego. - Powiedziała mu, że 16 ma stawić się na przesłuchanie w Warszawie i że zakwestionowano jego oświadczenie lustracyjne. Mówiła, że sprawa jest pilna. Turowski był w szoku, że podała tę informację na normalną, niechronioną w żaden sposób linię. Dla niego oznaczało to, że służby rosyjskie, które kontrolują telefony ambasady, dowiedziały się, jaką pełni funkcję - opowiada dyplomata, który rozmawiał z Turowskim po tym telefonie.
Turowski miał powiedzieć prokurator Rafałko, że to nie jest właściwa forma wezwania. Odmówił i od razu skontaktował się szyfrogramem z centralą Agencji Wywiadu.
Ale 17 grudnia w "Rzeczpospolitej" ukazał się artykuł ujawniający zarzuty pod jego adresem. Mimo że naprawdę do zakończenia
pracy na placówce Turowski miał jeszcze trzy lata, MSZ wydało oświadczenie, że jego misja miała być już zakończona.
W lutym w ambasadzie odbyło się przyjęcie pożegnalne. Tam właśnie rosyjski generał miał powiedzieć Turowskiemu, że swoimi go "kinuli". Czyli zostawili.
Ewakuacja z Moskwy Łączenie funkcji w wywiadzie z pracą w dyplomacji nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale szczegóły pełnionych w takim charakterze misji okryte są tajemnicą. Rosjanie już raz - w 1998 r. - podejrzewali Turowskiego o "podwójną tożsamość". "Niezawisimaja Gazieta" opublikowała jego nazwisko na liście 19 polskich dyplomatów "biorących udział w działalności wywiadowczej na terenie krajów WNP".
Nie wiadomo, co Turowski robił jako oficer wywiadu na placówkach i w MSZ. Nie było to w ogóle przedmiotem dochodzenia podczas procesu. Ujawniono tam jedynie, że do roku 2007 był na etacie w AW. Służbę zakończył w wieku 60 lat w stopniu pułkownika, na stanowisku dyrektorskim. Wtedy - według zasad obowiązujących w AW - musiał odejść na emeryturę. Żeby dalej pracować dla wywiadu, przeszedł na status współpracownika tej służby. - Nie zmieniło to jego zadań, ale nałożyło na niego obowiązek poinformowania o swojej pracy w czasach PRL w oświadczeniu lustracyjnym - tłumaczy b. urzędnik Biura Bezpieczeństwa Dyplomatycznego MSZ.
To znaczy, że jako oficer przejęty przez służby III RP Turowski nie musiał ujawniać swojej roli w oświadczeniach dla IPN. Ale jako współpracownik już taki obowiązek miał.
Na procesie tłumaczył, że "nie miał zaufania do szczelności" IPN i kierował się wyższym dobrem, jakim była "ochrona źródeł" - czyli osób, które pozyskał do współpracy na terenie Rosji.
Według informacji "Gazety" wyjazd Turowskiego z Moskwy poprzedziła ewakuacja kilku oficerów pracujących tam dla naszych służb, ale na procesie nie było o tym mowy.
Milczanowski: słabość państwa
Wiadomo też, jak Biuro Lustracyjne IPN dotarło do materiałów, które pozwoliły wytoczyć sprawę Turowskiemu. Po przejściu na emeryturę jego dokumenty zostały przesłane do jawnych akt Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA. Okresy "watykański" i "paryski", czyli
praca w czasach PRL, były tam zapisane jako służba w milicji i MSW. To wystarczyło do wszczęcia postępowania.
Sprawa Turowskiego jest głośna w służbach specjalnych. Rozmówcy z tego środowiska wskazują, że IPN i AW doprowadziły do dekonspiracji. - Nie chcę oceniać jego roli w PRL. Ale jeśli został pozytywnie zweryfikowany i pracował nadal, powinien podlegać ochronie. Ujawnienie agenta lub oficera wywiadu narusza interes służby. Oznacza problemy nie tylko dla niego, ale i dla ludzi, którzy kontaktowali się z nim za granicą. Ta sprawa świadczy co najmniej o braku koordynacji lub bałaganie, jeśli nie o słabości naszego państwa. W żadnej służbie na świecie taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca - ocenia Andrzej Milczanowski, pierwszy szef UOP.
IPN i AW - powołując się na tajemnicę postępowania - nie chciały odpowiedzieć na pytania o tę sprawę. Nie komentuje jej również sam Turowski. Wiadomo, że wniósł apelację od wyroku.