Poranek w Pałacu Prezydenckim. Tusk jako pierwszy po 1989 r. po raz drugi ma być zaprzysiężony na szefa rządu. W 2007 r. nominację wręczał mu niechętny
Lech Kaczyński - uroczystość trwała kilka minut, przebiegała w lodowatej atmosferze.
W piątek Tusk staje z ministrami w Sali Kolumnowej. - To niezwykła chwila.
Polska demokracja zdecydowała, że rozstrzygnęło się, kto jest obdarzony wielką władzą i wielką odpowiedzialnością - mówi prezydent. Wręcza Tuskowi symboliczny prezent: biało-czerwony szalik, który dostał od Tuska w kampanii prezydenckiej. W 2007 r. ten sam szalik lider PO trzymał w rękach, świętując wygraną w wyborach.
- To także symbol naszej wspólnej drogi naznaczonej sukcesami i porażkami. Jestem przekonany, że będzie on przypominał, że w życiu politycznym liczy się wspólnota dobrego celu - mówi prezydent.
- Przyrzekamy ciężką
pracę, odważne decyzje i gotowość do podjęcia największych wyzwań, jakie przed nami stoją - deklaruje Tusk, który dwie godziny później zapowie w Sejmie -reformy.
26 razy bezpieczeństwo Inaczej niż cztery lata temu - będzie mówić krótko. Wtedy przemawiał ponad trzy godziny, a poseł PiS Zbigniew Girzyński żartował, że to "Castro polskiej polityki". Teraz exposé trwa godzinę. Tyle samo co nowego premiera Włoch Maria Montiego, który dzień wcześniej zapowiedział przed włoskim Senatem reformy.
Tusk mówi, że Europa zmienia się na naszych oczach, a kierunek tej zmiany jest niepewny. I chodzi nie tylko o kryzys, ale także o wielką wizję wspólnej Europy, która może wymagać korekty. A więc - jak podkreśla premier - będzie także od nas wymagała inteligentnego, elastycznego działania.
Exposé premiera - inaczej niż cztery lata temu - przysłuchuje się prezydent. Na sali plenarnej szefowie wszystkich partii. Prezes PiS
Jarosław Kaczyński spóźnia się kilka minut i rozmawia przez komórkę.
- Chcę podkreślić, że w tej dzisiejszej europejskiej debacie o przyszłości UE nie ma dylematu politycznego, czy być w centrum Europy, czy być na peryferiach. To dylemat politycznych analfabetów. Prawdziwym dylematem dla Polski jest, jak być realnym, głównym graczem na scenie europejskiej, a nie znaleźć się na marginesie albo poza UE - mówi Tusk.
Podkreśla, że rząd będzie działał na rzecz jak najsilniejszej pozycji Polski w UE, a dziś decydują o tym finanse. Dlatego
budżet na 2012 r., który w ocenie Tuska może być najtrudniejszy, musi być elastyczny.
Żeby bezpiecznie przejść ten trudny rok, rząd podejmie działania niepopularne - zapowiada Tusk. Ale - jak podkreśla - koszty reform muszą być ponoszone solidarnie i sprawiedliwie. Dlatego najbiedniejsi muszą korzystać ze szczególnej ochrony, a najbogatsi muszą zrezygnować z części przywilejów.
- Wszystkie starania naszego rządu muszą być nakierowane na bezpieczeństwo całego narodu, ale przede wszystkim na każdego Polaka - mówi premier. W 2007 roku słowem kluczem exposé Tuska było zaufanie, teraz - bezpieczeństwo. Wczoraj padło 26 razy, słowo "kryzys" - 16 razy.
- Tylko te państwa, które wprowadzają reformy, mają opinię stabilnych - mówi Tusk, który jeszcze niedawno był zwolennikiem polityki małych kroków.
Łomotania krzyżem nie będzie Choć w gospodarce Tusk zapowiada rewolucyjne zmiany, w sprawach światopoglądowych rewolucji nie będzie. PO chce dalej iść środkiem drogi.
Tusk nazwał swój rząd "wielkim bezpiecznym politycznym centrum od ministra Gowina po ministra Arłukowicza, od wrażliwości konserwatywnej po umiarkowanie lewicową". - To polityczne centrum może ochronić Polskę także przed radykalizmami z prawej i z lewej strony, które ujawniły się 11 listopada na ulicach Warszawy.
I choć przed Polską - co zauważył Tusk - stoją też wyzwania obyczajowe i kulturowe, to jego rząd nie jest od tego, żeby przeprowadzać "obyczajową rewolucję". - Państwo polskie jest od tego, aby zapewnić Polakom bezpieczne, możliwie dostatnie życie w tych trudnych czasach - mówił premier.
Tusk nawiązał do awantury o usunięcie krzyża z sali sejmowej, czego żąda Ruch Palikota. - Krzyż nie powinien służyć do łomotania przeciwnika politycznego niczym maczugą, ale też nie powinien być powodem do kolejnej wojny politycznej - upominał Tusk.
W jego ocenie głównym zadaniem w czasie kryzysu jest budowanie narodowej wspólnoty, która potrzebuje swoich symboli. - Nie musimy wyznawać tego samego systemu wartości, ale nie powinniśmy także na siłę nikogo chrystianizować ani nikogo na siłę laicyzować - przestrzegał.
- Na ulicach Warszawy 11 listopada skrajna prawica i skrajna lewica, wykorzystując chuliganów i bandytów albo niemieckich anarchistów, zaatakowały święto narodowe. Niech nie będzie to symbolem niemożności Polaków do życia w zgodzie narodowej - mówił. Wezwał posłów, żeby spróbowali kilka najważniejszych spraw dla Polski zrobić razem. - Uwierzcie w przyszłość Polski. My wierzymy - zakończył swoje wystąpienie.
Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek W PO exposé premiera komentowano jako zapowiedź radykalnego skoku do przodu, przynajmniej jeśli chodzi o finanse. - 90 proc. exposé premier poświęcił gospodarce, bo to w najbliższych latach będzie najważniejsze. Ale nie spodziewałem się, że zapowiedzi zmian będą tak twarde i konkretne - mówił "Gazecie" wiceszef sejmowej komisji finansów Sławomir Neumann.
Zdaniem socjologa prof. Jacka Raciborskiego Tusk w sprawie Kościoła postąpił zgodnie z zasadą "panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek". - Zaostrzaniem konfliktów światopoglądowych są zainteresowane partie radykalne. Dla partii takiej jak PO, która skupia wszystkich, kwestie światopoglądowe, mocno dzielące ludzi są niewygodne - mówi "Gazecie" Raciborski. Dodaje, że blado wypadły kwestie europejskie.
Według prof. Krzysztofa Podemskiego, socjologa z UAM, exposé Tuska to zapowiedź rewolucyjnych zmian, ale wykonywanych w sposób ewolucyjny, czyli rozłożonych w czasie. - Premier starał się zgrabnie wytrącić broń lewej i prawej stronie sali.