Rozmowę publikuje
Fronda.pl. Krasnodębski, socjolog, prof. Uniwersytetu w Bremie mówi o swoim rozstaniu z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie przez 10 lat pracował raz w miesiącu.
- Kłopoty zaczęły się po zmianie rektora UKSW - mówi (poprzedni ks. prof. Ryszard Rumianek zginął w katastrofie smoleńskiej). - Oficjalne powody mojego zwolnienia są dydaktyczno-organizacyjne - dodaje. I ujawnia: - Teraz dano mi do zrozumienia, że nie chcą mnie w Instytucie Socjologii, gdzie zaszło wiele zmian moim zdaniem na gorsze. Poziom zamiast się podwyższać, obniża się. Gdy odkryłem, że studenci dokonują masowych plagiatów, kopiując z internetu, atmosfera jeszcze się pogorszyła. Dyrektor Instytutu ks. Tadeusz Bąk twierdził, że zaniedbuję studentów z powodu zaangażowania politycznego, co oczywiście nie było prawdą.
I dalej: "Na początku roku akademickiego rektor stwierdził, że musi ze mną porozmawiać, z powodu mojej "jednostronnej" publicystyki. Zdębiałem, bo w Niemczech byłoby to nie do pomyślenia, aby taka uwaga padła z ust rektora w stosunku do profesora. Do dalszej rozmowy nie doszło. Nie zamierzałem zresztą konsultować się w sprawie moich poglądów politycznych i społecznych z księdzem rektorem - mówi.
Krasnodębski przypomina sobie - i czytelnikom Frondy - że jego zwolnienia
domagała się na łamach "Gazety"
Magdalena Środa.
Pytała w swoim tekście: "Prof. KUL-u etyk ks. Wierzbicki (...) powiedział: "Niestety, pewien język polityki uprawiany na emocjach przenosi się w sferę uniwersytecką" ("Gazeta", 17.05). Ja bym rozważyła, czy nie dzieje się odwrotnie. Czy atmosfera narodowego katolicyzmu na religijnych uczelniach i wypowiedzi wielu autorytetów pracujących na KUL-u czy Uniwersytecie im. Kardynała Wyszyńskiego (gdzie rej wodzi prof. Krasnodębski) nie przenoszą się do sfery polityki, a w każdym razie, czy nie legitymizują jej radykalnego języka i "upadku kultury dyskusji", nad którym ubolewa ks. prof. Wierzbicki."