Rozmowa z Renatą Ropą mamą 6-latka z Krakowa Olga Szpunar: Pani syn Mikołaj poszedł w tym roku szkoły. Renata Ropa: Poszedł, bo bałam się tłoku w 2012 roku. Wszyscy nim straszyli. Krakowscy radni alarmowali, że wtedy podstawówki zaleje tsunami pierwszaków. Z sześciolatkami miały pójść siedmiolatki, a to oznaczało w pierwszych klasach o 5 tys. uczniów więcej niż zwykle. W czerwcu, pod koniec roku szkolnego, radni wysyłali nawet listy do przedszkoli ostrzegające rodziców pięciolatków, że jeśli nie zdecydujemy się posłać dziecka do szkoły, to wpadnie w tę falę. W kółko słyszałam, że
dzieci będą się tłoczyć w przepełnionych klasach, potem bić z dwa razy większą niż zawsze konkurencją o miejsce w dobrym
gimnazjum, liceum, wreszcie na studiach. Będą miały pod górkę od początku nauki. Nie chciałam, żeby mój syn miał pod górkę. I to jest jedyny powód, dla którego wysłałam go do szkoły. Miałam dylemat, bo Mikołaj jest z sierpnia. Urodzone w styczniu siedmiolatki w klasie są starsze od niego o półtora roku!
Pierwsza myśl, gdy usłyszała pani o odroczeniu reformy o rok? - Totalne wkurzenie. Uświadomiłam sobie, że chcąc ułatwić dziecku życie, utrudniłam je. Chcąc dla niego jak najlepiej, skróciłam mu dzieciństwo. Siedzi nad zeszytami, a jego rówieśnicy z przedszkola biegają po podwórku. Wszystkie sześciolatki, których
rodzice posłali do szkoły - a wiem, że wielu zrobiło to z takich pobudek jak ja - stały się ofiarami reformy, którą odroczono tylko dlatego, że są wybory. Mój syn stał się ofiarą polityki. Nigdy żadnemu politykowi już nie uwierzę. Jestem zła, że dałam się omamić. Poza tym decyzja o posłaniu Mikołaja rok wcześniej do szkoły zmieniła nie tylko jego, ale również moje życie. Wszystko musiałam przeorganizować. W szkole jest świetlica, ale nie chcę, by siedział w niej za długo.
Sześciolatkowi w szkole jest źle? - Nie jest, ale polska
szkoła to miejsce bardziej przyjazne dla siedmio- niż sześciolatka. Sale niby są przystosowane dla maluchów, ale haczyki w szatni są już za wysoko. Stoły obliczono na wzrost 120 cm, a niektóre sześciolatki są niższe i nie mają komfortu nauki. Mikołaj chodzi na lodowisko z siedmiolatkami z innej klasy. Obserwuję te dzieci, jak sobie radzą. Między nimi jest przepaść. Te siedmioletnie są samodzielne, szybciej łapią naukę. Sześciolatkom wciąż trzeba pomagać. Od razu rzucają się w oczy, bo są dużo mniejsze. Zapominają, że trzeba odrobić lekcje, są rozkojarzone. Trudno im się skupić przy rysowaniu szlaczków, bo chcą się bawić. Czasem zabawa tak ich pochłania, że w szkole zapominają zjeść śniadania.
Teraz rodzice dzieci z rocznika 2006 mają dylemat: posłać sześciolatka do szkoły w 2012 roku czy nie. W 2013 roku mają tam pójść obowiązkowo wszystkie sześciolatki. Lepiej uniknąć tłoku? - Mogłabym im radzić, gdyby decyzje polityków były przewidywalne, a przede wszystkim odpowiedzialne. Gdyby była pewność, że w 2013 roku obowiązek nauki sześciolatków zostanie wprowadzony, to radziłabym posłać wcześniej, bo jednak ten tłok. Ale kto wie, jak będzie? Może po raz kolejny coś się zmieni w reformie? Choć może się już nie zmieni, bo to nie będzie czas wyborów i nie trzeba będzie rzucać wyborczej kiełbasy.