Wspomina Joanna Sokolińska
Nieznacznie zgarbiona starsza pani, ze sportowo, na krzyż przewieszoną torebką, która na spacer z psem wychodziła uszminkowana, z niewielką okrągłą popielniczką w ręku. Papieros - jeszcze jeden nie zgasł do końca, gdy już nad dymiącą popielniczką zapalała drugiego - był jej znakiem charakterystycznym. Nauczyła się palić w 68 - żeby przetrwać zły czas. Potem papieros podkreślał powagę rozmowy, aż w końcu mówiła, że bez palenia nie umie myśleć. Ktoś mógłby pomyśleć, że chodziło tu jedynie o uzależnienie, ale nie, dla Pani Profesor papierosy były również symbolem wolności w myśleniu. Ona, wybitny pedagog, osoba o niezwykłym analitycznym umyśle, autorka szeregu badań społecznych, jeżeli chodziło o nikotynę, zachowywała się jak anarchistyczny dzieciak. Potrafiła długo, zaciekle atakować autorów bzdurnych, jak mówiła, teorii o rzekomej szkodliwości palenia, dyskredytując wszelkie potwierdzające ją badania. - To kolejna nowa moda, której ludzie ulegają kierując się owczym pędem - przekonywała znad paczki Golden Americanów
Poniżej wywiad z profesor Hanną Świdą-Ziembą "Albo mąż albo cebula"
Jak się tak rozglądam dookoła po rodzinach i rozwodach, słucham, co młodzi mówią o życiu, to się jakiś niedzisiejszy czuję, że prawie 30 lat siedzę przy tym samym rodzinnym stole. Warto dzisiaj mieć rodzinę, pani profesor?
- Warto. Jeśli jest udana. Jeśli nie, to preferuję singla.
Tak?
- Jestem samotnik. Długo nie wiązałam się z nikim. Wyobrażałam sobie, że życie spędzę jako singiel, wtedy mówiło się stara panna. I do tego z nieślubnym dzieckiem, co było w latach 60. gorszące.
Długo była pani singlem?
- Do 33. roku życia. Teraz też ludzie się w tym wieku pobierają. Potem zaczęłam żyć w konkubinacie, a małżeństwo zawarłam, jak miałam 35 lat, mąż też miał tyle.
Najpierw konkubent, potem dziecko, mąż...
- To był ten sam mężczyzna.
Czyli takie zalegalizowanie konkubinatu?
- No tak, ale ja się bardzo tego bałam.
Dlaczego?
- Ze mną było tak: najpierw o małżeństwie nie myślałam źle, miałam obraz bardzo dobrego i podobającego mi się małżeństwa rodziców, też późnego, bo mama miała 28, ojciec 30 lat, kiedy się pobrali. Mama powtarzała, że prawdziwe małżeństwo musi być oparte o wielką, wiosenną, jak mówiła, miłość. I ja w to wierzyłam.
Co było niezwykłego w małżeństwie rodziców?
- Ta trwająca miłość. Ojciec był zafascynowany urokiem mamy do śmierci. Mama była piękną blondynką z głęboko osadzonymi szafirowymi oczami. Kochał się w niej w swoim czasie Józef Mackiewicz i nawet poemat napisał dla mamy. Miała więc do koloru, do wyboru... a czekała na wielką miłość. Miłość rodziców narodziła się w Paryżu.
O!
- W Wilnie znali się, ale z daleka. Mijali się, nawet na przyjęciach się nie spotykali, bo ojciec był prawnikiem, a mama lekarzem, więc to różne środowiska. Mieli wspólną znajomą, ale jak mama się do niej wybierała, to się modliła, żeby tylko nie było tam tego nudnego Świdy. Raz chciała podrzucić mu walizkę do Paryża, bo się okazało, że będą tam w tym samym czasie. Spotkali się na jakiejś wystawie, ojciec zaczął opowiadać o Włoszech, no i ta wielka, wiosenna miłość wybuchła. Ojciec zawsze opowiadał, że chciał być kawalerem, ale jak poznał mamę, to parł do małżeństwa, nawet powrót z Francji przyśpieszył, bo mu się wydawało, że jeszcze ktoś mu Zosię zabierze.
Pobrali się w listopadzie 1929 roku, a ja przyszłam na świat 19 września 1930 roku, byłam więc klasycznie poślubnym dzieckiem.