Sondaże, eksperci i politycy zgadzają się, że nie zanosi się na powtórkę z 2007 r., gdy zagłosowało prawie 54 proc. Polaków. Będzie tak jak w latach 1997, 2001 i 2005.
- Frekwencja poniżej 45 proc., niewykluczona ok. 40 proc. - przewiduje szefowa CBOS prof. Mirosława Grabowska.
- 42-45 proc. to prognoza socjologa prof. Jacka Raciborskiego.
Można się skrzywić na rodaków, że nie chcą spełnić obywatelskiego obowiązku, ale warto również w związku z tą masową absencją postawić kilka pytań.
Komu służy niska frekwencja - w okolicach 40 proc.? Czy ewentualni dodatkowi wyborcy mają taki sam gust jak ci już zdeklarowani? Czy partie mogą jakoś na frekwencję wpływać?
Ćwiczenia z procentów Najpierw jednak trochę matematyki, żebyśmy wiedzieli, o czym mówimy, i by pokazać, że nawet nieznaczne wahnięcie frekwencji może zaważyć na wyniku wyborów.

Kliknij by zobaczyć większy rozmiar obrazka
Na potrzeby ćwiczenia załóżmy, że na wybory idzie 40 proc. uprawnionych, a zwolenników PO i PiS jest w tym gronie po 38 proc. Co nie jest założeniem z księżyca - sondaże pokazują, że twarde elektoraty PO i PiS są podobnej wielkości.
Co by było, gdyby frekwencja wzrosła do 42 proc., a sympatie tych dodatkowych wyborców nie rozkładałyby się już tak równo - połowa popierałaby PO, a 20 proc. - PiS? Zmieniłyby się wyniki: Platforma miałaby 38,57 proc., a PiS - 37,14 proc.
A gdyby z domów wyszło jeszcze więcej osób, powiedzmy 45 proc.? Ale o innym guście. Połowa nowych wybiera PiS, a 20 proc. - Platformę. Wtedy wynik byłby zupełnie inny. Wygrywa PiS - 39,3 proc., PO ma 36 proc.
To tylko symulacje. I wcale nie jest jasne, kto skorzystałby z tych dodatkowych głosów. Nie wiadomo przecież, czyi zwolennicy się zmobilizują.
Tak czy inaczej, wniosek z tych obliczeń jest jasny: o tym, kto wygra, może zdecydować nawet kilkaset tysięcy osób na ponad 30 mln uprawnionych do głosowania.
Kazik z Hołdysem grają dla PiS - Nie wierzę politykom. Liczyłem, że PO powalczy o zmiany, choć oddaję im sprawiedliwość - nie tylko o reformach musieli myśleć, bo mieli powodzie, Smoleńsk i kryzys. A poza PO niespecjalnie widzę innych kandydatów. Jeśli pójdę, to tylko dlatego, że mała frekwencja da wygraną PiS - mówi ''Gazecie'' Radosław Dudzic, 33-letni pracownik agencji reklamowej z Warszawy.
Takich wyborców rozczarowanych Platformą jest wielu. Gra toczy się właśnie o nich. PiS nie ma złudzeń, że ich przyciągnie, ale marzy, by zostali w domu. Dlatego
Jarosław Kaczyński chce ich uśpić, prowadzi spokojną kampanię, schował Annę Fotygę i Antoniego Macierewicza, a eksponuje najnowszą generację aniołków. I dlatego tak korzystne dla PiS są deklaracje idoli młodych - np. Kazika, Muńka Staszczyka czy Zbigniewa Hołdysa - którzy mówią, że mają dość polityki, że nie pójdą na wybory.
PO z kolei musi do tych wyborców dotrzeć i - jak słychać w partii - ma pomysł na kampanię profrekwencyjną. - Żadna partia nie jest w stanie zwiększyć frekwencji o 5 pkt proc., ale myślę, że 2 pkt są w naszym zasięgu - słyszymy od polityka PO.
Na razie jego partia stara się rozbroić inną minę. - Donald Tusk odwiedza małe miasta. Dzieje się tam gorzej niż na wsi czy w wielkich miastach, jest frustracja i apatia. Jest tam sporo byłych wyborców Samoobrony, którzy mogą zagłosować na opozycję, zwłaszcza PiS. Tusk próbuje temu zapobiec - mówi nam były polityk PiS.
To jak w końcu jest z tą frekwencją? Komu co się opłaca?
- PiS służy niska - twierdzi prof. Grabowska. - Partia Kaczyńskiego ma elektorat bardziej zdyscyplinowany. Ponadto, wbrew stereotypowi, że partią PR jest Platforma, to PiS ma bardzo dobre kampanie, potrafi zaplanować i wykreować przekaz. Sprzyja mu też bycie w opozycji. Poprowadzi do urn swój wierny elektorat plus trochę niezadowolonych, do których trafi w kampanii.
Inaczej uważa prof. Raciborski: - Pewien wzrost frekwencji byłby nieznacznie korzystny dla PiS. Sondaże pokazują dużą mobilizację wyborców PO i jej niewielkie rezerwy. Większe dostrzegam po drugiej stronie - jeśli zagłosują niezadowoleni z warunków materialnych, przeciwnicy rządu, to będzie z tego czerpał w pierwszym rzędzie PiS.