I tak Senat przywrócił rozwiązanie, z którego w Sejmie rząd po krytyce się wycofał. W myśl dopisanej wczoraj przez senatorów poprawki do nowelizacji ustawy o (nomen omen) dostępie do informacji publicznej spod obowiązku ujawnienia wyjęto ''opinie i analizy przygotowywane na zlecenie podmiotów wykonujących zadania publiczne, (...) jeżeli ich ujawnienie naruszyłoby ważny interes gospodarczy państwa''.
Dalej wymienia się, że dotyczy to ''osłabienia zdolności negocjacyjnej'' przy zawieraniu umów międzynarodowych czy formułowaniu stanowisk w unijnych negocjacjach, a także w postępowaniu przed sądami, trybunałami lub ''innym organem orzekającym''. Obejmowałoby to też spory sądowe osób prywatnych czy firm ze skarbem państwa - a więc np. pozwu o odszkodowanie za zakażenie żółtaczką w szpitalu.
- Władza już dziś może chronić ważne interesy gospodarcze na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych. Jest ona zresztą nadużywana - np. niedawno prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz utajniła informacje o
prywatyzacji SPEC-u, bo budziła kontrowersje - mówi Krzysztof Izdebski ze Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich (SLLGO), które monitoruje w parlamencie tę nowelizację.
I dodaje, że zmiana, którą chce wprowadzić Senat, da dodatkowy instrument do ukrywania przed społeczeństwem niewygodnych informacji. - W przepisie jest sporo wyrażeń niedookreślonych, jak ''ważny interes'', ''osłabienie zdolności negocjacyjnej'', ''utrudnienie w sposób istotny''. To będzie oceniał - dowolnie - przedstawiciel władzy zainteresowany nieudostępnieniem informacji - podkreśla Izdebski.
Dzięki przyjętej przez senatorów poprawce opinie zasięgnięte przez prezydenta przed podpisaniem np. ustawy o
OFE byłyby dla opinii publicznej niedostępne (niedawno przegrał w tej sprawie proces z SLLGO przed wojewódzkim sądem administracyjnym).
Podobnie np. sejmowe ekspertyzy o gospodarczych skutkach nowelizacji ustawy o bezpieczeństwie gazowym. Albo opinie w sądowym sporze o mienie przekazane Kościołowi. Tak samo będzie z opiniami i ekspertyzami wydawanymi podczas prywatyzacji. Nie dowiemy się np., że władza świadomie zaakceptowała zaniżenie wartości majątku prywatyzowanego szpitala. A także tego, że rząd nie chce przystąpić do rozdziału ''Solidarność'' w unijnej Karcie Praw Podstawowych UE (chociaż PO obiecywała to przed zeszłymi wyborami), bo ma ekspertyzy, z których wynika, że musiałby znacząco podnieść nakłady na służbę zdrowia, żeby wyrównać poziom usług medycznych z krajami starej Unii.
Z podobnie brzmiącego przepisu rząd w Sejmie wycofał się po protestach m.in. organizacji pozarządowych. SLLGO, Fundacja Helsińska i Izba Wydawców Prasy alarmowały, że zapis drastycznie ogranicza dostęp do informacji o działaniach władz zagwarantowany w art. 61 konstytucji. Podobną wątpliwość sygnalizowała rzecznik praw obywatelskich Irena Lipowicz.
Wczoraj senator PO Marek Rocki przywrócił rządowy pomysł. Była to klasyczna ''wrzutka'': w ostatniej chwili, w trybie uniemożliwiającym dyskusję, bo nie na posiedzeniu komisji, tylko do protokołu na posiedzeniu plenarnym Senatu.
Poprawkę uzasadnił, powołując się na art. 61 konstytucji. Jego zdaniem skoro przewiduje on, że wyjątki od prawa dostępu do informacji określa ustawa, to oznacza, że takie wyjątki trzeba, a nie można ustalić.
- To niezrozumienie ducha i litery konstytucji, bo nie dopuszczam myśli, że pan senator dokonał świadomego nadużycia - komentuje Izdebski. - Konstytucja ustanawia zasadę transparentności działań władzy publicznej. Tak daleko idące ograniczenia niweczą istotę tego prawa. Wpisując je do ustawy o dostępie do informacji publicznej obok innych licznych ograniczeń w niej zawartych, czyni się tę ustawę bezużyteczną - dodaje Adam Bodnar, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Dziś zaczyna się ostatnie w tej kadencji posiedzenie Sejmu. Poprawki senackie będą głosowane, jeśli ustawa wejdzie do porządku obrad. Cała ustawa budzi kontrowersje. Ma wdrażać unijną dyrektywę o tzw. powtórnym wykorzystaniu informacji (np. jeśli z ustaw uchwalonych przez parlament ktoś stwarza osobny zbiór, jak to czyni system LEX). Jednak część organizacji pozarządowych zajmujących się dostępem do informacji twierdzi, że wdraża dyrektywę opacznie, utrudniając de facto dostęp do informacji i powodując, że to, co dziś jest dostępne bez problemu, po wejściu w życie ustawy może budzić wątpliwości.