Sędzia Agnieszka Jaźwińska skierowała Zientarskiego na badania (i on, i ojciec dali zgodę na ujawnienie ich danych, bo są osobami publicznymi). Mają przesądzić, czy oskarżony o nieumyślne spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym może odpowiadać przed sądem. Jeśli nie - proces zostanie zawieszony, a stan zdrowia oskarżonego kontrolowany będzie co pół roku.
Przypomnijmy, że Maciej Zientarski po wypadku był w śpiączce, potem przechodził długą rehabilitację. Dopiero w lipcu 2010 r. biegli psycholog, neurolog i psychiatra zezwolili na jego przesłuchanie w prokuraturze. A do tragicznego wypadku doszło w lutym 2008 r.
Zientarski i jego kolega z "SE" Jarosław Zabiega testowali
auto. Tym razem było to czerwone ferrari modena. Do setki rozpędza się w niespełna 5 sekund. Niedaleko toru wyścigów konnych na warszawskim Służewcu na skręcie w stronę Ursynowa
samochód pędzący - jak ustalili biegli - ok. 150 km/godz. wbił się w słup estakady. Miejsce latami było doskonale znane policji, bo z powodu nierówności na drodze nieraz dochodziło tam do wypadków. Dlatego było tam ograniczenie prędkości do 50 km/godz.. Ferrari stanęło w płomieniach. Dziennikarz "SE" zginął na miejscu.
- Nie mam żadnych roszczeń finansowych. Chciałabym jak najszybszego zakończenia tej sprawy. Wydaje mi się oczywista, nie było żadnych wątpliwości, kto prowadził. I nie był to mój narzeczony - mówiła o Jarku Zabiedze Agata Pieniążek.
Prokuratura ma dwóch świadków - według naszych źródeł - kierowców, którzy widzieli, kto siedział za kierownicą kilka sekund przed tragedią. Maciej Zientarski - jak informowała prokuratura - wyjaśnił, że nie pamięta okoliczności wypadku. Odmówił składania wyjaśnień. Wczoraj był w sądzie z ojcem Włodzimierzem, guru telewizyjnego dziennikarstwa motoryzacyjnego, który nad synem sprawuje opiekę. Nie komentowali sprawy.
Następna próba rozpoczęcia procesu - uzależniona od zdrowia oskarżonego - w końcu listopada.