Ahtisaari to fiński dyplomata, który dostał pokojowego Nobla w 2008 r. za negocjacje w konfliktach międzynarodowych - m.in. w Namibii, Indonezji oraz Kosowie. Pomysł, by wezwać go na pomoc do Brukseli, to na razie głównie chwyt retoryczny, choć Belgowie istotnie zaplątali się na dobre w trwających już 13 miesięcy negocjacjach nad powołaniem rządu po wyborach parlamentarnych z 13 czerwca 2010 r.
Bart De Wever, przywódca Nowego Sojuszu Flamandzkiego (NVA), czyli największej partii w parlamencie, odrzucił w ostatni czwartek propozycje reform Belgii, które na prośbę króla Alberta II opracował Elio Di Rupo szefujący frankofońskim socjalistom, drugiej partii w parlamencie. Propozycje Di Rupo miały być podstawą sformowania koalicyjnego rządu partii flamandzkich oraz frankofońskich. - Mamy teraz kryzys systemowy jak z podręcznika. Po prostu nie widać już żadnej nowej propozycji, która byłaby do zaakceptowania dla głównych sił politycznych w Belgii - mówi belgijski politolog Carl Devos.
W Belgii na "konflikt etniczny" między Flamandami (ok. 60 proc. Belgów) a frankofonami nakłada się przebiegający także wzdłuż granicy językowej spór między lewicą, która zwycięża w francuskojęzycznej Walonii, a liberałami czy mocno wolnorynkową prawicą dominującą we Flandrii. Bart De Wever z NVA nie tylko głosi postulat stopniowego "rozpuszczania się" Belgii w UE i domaga się ograniczenia transferów budżetowych z flamandzkiej Północy do uboższej Walonii, lecz także spiera się z Elio Di Rupo o model państwa, które jego zdaniem powinno obniżać podatki i szybciej ciąć wydatki społeczne.
Elio Di Rupo zaoferował program, który - jak pisał z uznaniem
dziennik "La Libre Belgique" - łamał "wszystkie tabu". Belgijscy frankofoni do niedawna odmawiali rozmów na temat likwidacji wspólnego okręgu wyborczego BHV, który łączy Brukselę i podstołeczne gminy z mniejszością frankofońską we Flandrii (dla Flamandów to forma "ekspansji terytorialnej" frankofonów), to Di Rupo przystał na podział BHV. Ponadto rząd centralny w myśl federacyjnych postulatów Flamandów miałby oddać regionom (Flandrii, Walonii oraz okręgowi brukselskiemu) kompetencje w dziedzinie polityki pracy, służby zdrowia i pomocy oraz prawo zatrzymywania większej części podatku VAT.
Frankofonom, którzy dominują w formalnie dwujęzycznej Brukseli, na osłodę dostałoby się większe dofinansowanie stolicy z budżetu państwa. - Spodziewaliśmy się, że partii De Wevera będzie za mało. To jednak zaskoczenie, że uznał cały projekt jako kompletnie do niczego - komentował wczoraj flamandzki dziennik "De Morgen".
Belgią rządzi obecnie premier Yves Leterme, którego rząd od dymisji w kwietniu 2010 r. ma status gabinetu tymczasowego, z prawem do bieżącego zarządzania państwem. Jego ministrowie omijają jednak tę konstytucyjną trudność, prosząc posłów o przedstawienie projektów rządowych jako poselskich. I potem partie, które nie potrafią dogadać się w sprawie nowego rządu, zgodnie głosują za reformami proponowanymi przez Leterme'a. Premier zdołał przeprowadzić m.in. poważne cięcia budżetowe, poprowadzić świetną prezydencję w Radzie UE oraz wysłać belgijskie samoloty nad Libię.
Choć coraz więcej wyborców odbiera to jako lekceważenie ich przez elity polityczne, to Leterme może porządzić jeszcze długo, bo przedterminowym wyborom był - przynajmniej do niedawna - przeciwny król Albert II (zgoda na ich rozpisanie to jedno z jego nielicznych realnych uprawnień). Sondaże pokazują bowiem, że wyłoniłyby one bardzo podobny parlament - NVA ma ok. 30 proc. poparcia we Flandrii, a w Walonii dominują socjaliści. Natomiast popularny poza Belgią scenariusz rozwodu Flamandów i Walonów nie cieszy się poparciem Belgów - nawet większość wyborców De Wevera opowiada się wbrew sloganom jego partii za utrzymaniem Belgii przy życiu.