Jak donosi japońska agencja Kyodo, uniwersytety mają wznowić pracę dopiero za dziesięć miesięcy. W tym czasie naukę będą mogli kontynuować tylko ci, którzy w przyszłym roku mieli uzyskać dyplom, oraz studenci zagraniczni. Reszta ma pracować na rzecz "wielkiego, wspaniałego i silnego narodu", jakim Koreańczycyz Północy mają stać się - tak twierdzi komunistyczna propaganda - w przyszłym roku. Wtedy to przypada 100-lecie urodzin założyciela państwa Kim Ir Sena oraz będą 70. urodziny jego syna Kim Dżong Ila, obecnego przywódcy Korei.
Większość studentów zostanie przydzielona do prac remontowych i budowlanych. Dwa lata temu reżim obiecał, że do 2012 r. powstanie 100 tys. nowych mieszkań, ale na koniec ubiegłego roku wybudowano ich ledwie 500. Wydaje się, że przyczyną tej niemocy jest brak materiałów i energii, a nie siły roboczej.
- Reżim, zaniepokojony rewolucjami w krajach arabskich, może w ten sposób próbować uniknąć protestów w kampusach uniwersyteckich - uważa Toshimitsu Shigemura, profesor tokijskiego uniwersytetu Waseda. Niedawno Pjongjang kupił w Chinach wyposażenie do tłumienia zamieszek.
Masowe czyny społeczne są codziennością w Korei Północnej, zwłaszcza w sezonie sadzenia ryżu. W tym roku kraj zaczyna zmagać się z największym głodem od połowy lat 90., kiedy to zapewne zginęło kilkaset tysięcy ludzi.
Katharina Zellweger, dyrektorka biura pomocy humanitarnej szwajcarskiego rządu w Pjongjangu, powiedziała, że ostatnio władze obniżyły racje żywnościowe nawet do 150 g zboża dziennie, co jest porcją głodową (100 g ryżu daje 250-350 kcal, dorosły człowiek potrzebuje kilkakrotnie więcej).
Nawet ludność stołecznego Pjongjangu - zamieszkanego przez elity i najbardziej zaufanych obywateli - dostają niewiele więcej. Ci, którzy nie mają dodatkowego źródła dochodów pozwalającego na zakupy żywności na rynku, będą chodzić głodni. - Widać więcej ludzi na polach i zboczach gór zbierających trawę lub zioła - mówi Zellweger. Pojawia się też coraz więcej doniesień, że niedożywieni są nawet żołnierze.
Zagraniczni donatorzy nie palą się do wysyłania żywności do Korei, bo Kim Dżong Il nie chce zrezygnować z broni atomowej ani nawet zagwarantować, że pomoc trafi do potrzebujących cywilów, a nie do blisko milionowej armii. Według raportu Uniwersytetu Kalifornijskiego sprzed kilku lat połowa żywności wysłanej z Korei Południowej do Północnej została sprzedana na bazarach.
Źródło: Gazeta Wyborcza