W ostatnich tygodniach weteranami wstrząsnęły zamachy na płk. Jurija Budanowa i kpt. Aleksandra Kriementowa. 33-letni Kriementow z elitarnej dywizji wojsk MSW "Witiaź", który wcześniej brał udział w kilku operacjach specjalnych w Czeczenii, dostał we wtorek pięć kul na placu Komsomolskim w centrum Moskwy. Strzelał do niego i ciężko go ranił niezidentyfikowany kierowca przejeżdżającego obok samochodu, któremu udało się uciec z miejsca przestępstwa.
Weterani, którzy brali udział w wojnie na Kaukazie, przyjęli to jako kolejne ostrzeżenie przed czyhającym na nich śmiertelnym niebezpieczeństwem. Pamiętają głośny zamach na Budanowa, byłego dowódcy operującego w Czeczenii 160. pułku czołgów, zastrzelonego przez nieznanego sprawcę 10 czerwca - też w centrum stolicy, na prospekcie Komsomolskim.
Dla nacjonalistów i wielu weteranów pułkownik, który odsiedział 8,5 roku w więzieniu za porwanie, zabicie i zgwałcenie 18-letniej Czeczenki, jest bohaterem i ofiarą przemyślnie przygotowanej zemsty mieszkańców Kaukazu.
Władze nie wiedzą ani tego, kto zabił Budanowa, ani kto stał za mordercami. Rosjanie pamiętają jednak zapowiedź dzisiejszego prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa, który siedem lat temu domagał się skazania Budanowa za zamordowanie Czeczenki na dożywocie i ostrzegał, ze jeśli kara będzie łagodniejsza, "znajdziemy sposób, by policzyć się z nim według jego zasług".
Kadyrow cieszy się poparciem byłego prezydenta, obecnie premiera Władimira Putina i jego wpływy w rosyjskiej polityce rosną. A Moskwa od dawna nie jest miejscem, w którym ci, którzy narazili się Kadyrowowi, mogą czuć się bezpiecznie.
Świadczy o tym choćby przypadek dowódcy oddziału specjalnego Federalnej Służby Bezpieczeństwa płk. Mowładi Bajsarowa, który pokłócił się z wielkorządcą Czeczenii i jesienią 2006 r. przyjechał do stolicy Rosji. Oficer chciał tu złożyć zeznania w sprawie zamordowania dziennikarki "Nowej Gaziety" Anny Politkowskiej, którą Kadyrow uważał za swego wroga. Bajsarow nic jednak nie powiedział, bo 18 listopada 2006 r. został zastrzelony w pobliżu Kremla.
Dwa lata później pod budynkiem rosyjskiego rządu ktoś zabił innego wroga Kadyrowa, byłego posła do Dumy i kawalera złotej Gwiazdy Bohatera Rosji Rusłana Jamadajewa.
Niezależna "Nowaja Gazieta" twierdzi, że w Moskwie działają "komanda" przysyłane przez Kadyrowa z Groznego. Ludzie ci czują się w stolicy imperium absolutnie bezkarni - choćby dlatego, że są funkcjonariuszami służb specjalnych czy milicji, będących regionalnymi oddziałami struktur federalnych.
Nic więc dziwnego, że weterani, którzy brali udział w wojnie na Kaukazie, ze zgrozą przyjęli wiadomość o tym, że prokuratura w Groznym żąda od ministerstwa obrony i MSW szczegółowych informacji o tych uczestnikach konfliktu z lat 1994-96 i 1999-2003, których Czeczeni uważają za sprawców przestępstw wojennych. Śledczy domagają się od Moskwy, by w związku z prowadzonymi przez siebie dochodzeniami przekazała im zdjęcia i domowe adresy żołnierzy.
Prokuratorzy zażądali np. "szczegółowych informacji" o wojskowym komendancie powiatu zawodskiego oskarżanego o uprowadzenie w 2003 r. Czeczena, który zaginął bez wieści.
Dla weteranów wojny kaukaskiej setki takich pism przysyłanych z Groznego są sygnałem tego, że Czeczeni szukają ich, bo chcą się z nimi rozprawić tak jak z Budanowem czy Kriementowem.
Władze Rosji znalazły się w trudnym położeniu. Nie mogą nie odpowiadać na prośby czeczeńskiej prokuratury działającej przecież jako część struktury Federacji Rosyjskiej. Jednocześnie nie chcą narażać na zemstę swoich żołnierzy, więc Moskwa na razie chowa głowę w piasek i na żądania z Groznego jest głucha.
Zdaniem znanego publicysty Stanisława Biełkowskiego Czeczeni zachowują się tak, bo czują, że to oni wygrali wojnę na Kaukazie. "Oni nie przestrzegają naszych praw, a narzucają nam swoje" - twierdzi Biełkowski w komentarzu dla gazety "Moskiewski Komsomolec". Jego zdaniem Grozny, jak przystało zwycięzcy, ściąga haracz z Moskwy, od której co roku otrzymuje 2 mld dol. dotacji, a pieniądze te Kadyrow wydaje, jak chce, nie rozliczając się z wydatków. Może więc sobie pozwolić choćby na ściągnięcie na towarzyski mecz piłkarski Diego Maradony, płacąc mu za przyjazd milion dolarów.
"Wyjście z tej sytuacji może być tylko jedno. Trzeba oficjalnie dać Czeczenii to, do czego od dawna dążyła i faktycznie już osiągnęła, wygrywając wojnę - niezależność" - proponuje Biełkowski.
Źródło: Gazeta Wyborcza