http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Delegacja do więzienia

Wacław Radziwinowicz
2011-05-28, ostatnia aktualizacja 2011-05-28 03:10

Andrzej Poczobut zatrzymany przez funkcjonariuszy białoruskiej milicji
Andrzej Poczobut zatrzymany przez funkcjonariuszy białoruskiej milicji
Fot. Aleksy Saliej

Ile razy białoruski reżim wsadzał Andrzeja Poczobuta za kratki? Ile czasu spędził w areszcie - nie potrafi policzyć nawet jego żona

Na pierwszy rzut oka nie powiesz, że Andrzej to taki ostry, twardy zawodnik. Duży, misiowaty, dobroduszny. Śpiewny, kresowy akcent czyni go jeszcze bardziej łagodnym. Wydaje się trochę taki jak Sienkiewiczowski Longinus Podbipięta, co to prędzej powie, że "słuchać hadko", niż uderzy. A i mógłby, i potrafi.

Co Andrzej robi w więzieniu w Grodnie, gdzie siedzi już ósmy tydzień, czekając na proces i wyrok, po którym wyślą go na parę lat do tego, co władze nazywają "kolonią", bo wstyd im przyznać, że to po prostu łagier?

Śpiewa. Po pobudce nakłada koszulkę z Matką Boską i napisem Armia Krajowa. I uczy starego Litwina, z którym dzieli celę, polskich pieśni. Bo Andrzejowi słoń na ucho nie nastąpił, jest przecież niemal zawodowym muzykiem, przez lata grał w punkowej kapeli Deviation na gitarze basowej.

- Poczobuty w ogóle są muzykalne. Jego brat, Stanisław, też gra. Andrzej pisał nam teksty. Dobre. Tylko władzom się nie podobały i milicja nam dokuczała. Do dziś na koncertach śpiewam dwie piosenki do jego słów - mówi Alaksandr Denisow, który też grał z Deviation.

Żonę Aksanę, która raz na dwa tygodnie dostaje widzenie, Poczobut uspokaja, tłumacząc, że nie tyle siedzi w kryminale, ile jest "w delegacji". Uczciwy dziennikarz na Białorusi rządzonej przez pogrążającego się w obłędzie dyktatora nie może nie trafić do więzienia. Ma to jakby wpisane do obowiązków służbowych.

A przy tym, co to za więzienie? Legenda Kresów to przecież kopalnie rud zabajkalskiego Nerczyńska, dokąd na katorgę szli powstańcy z 1831 i 1863 r. I położony za kołem polarnym Norylsk, w którym zesłani żołnierze AK w 40-stopniowym mrozie i wiecznym wściekłym wietrze budowali wielki kombinat metalurgiczny. W więzieniu w Grodnie śnieg nie pada, więc nie jest tak źle.

Aksanie spotkania w więzieniu dodają odwagi. Wcześniej, zanim męża posadzili, bała się rozmawiać przez telefon. Wyraźnie wylękniona cedziła słowa.

I nic w tym dziwnego. Obywatele Białorusi wychowani pod butem radzieckiego, a teraz rodzimego reżimu noszą w sobie instynktowny strach. Dziś Poczobutowa mówi już wprost - przy tym wcale się nie skarży, choć słodkiego życia nie ma.

Sama musi się troszczyć o 11-letnią Janę i rocznego Jarka. Chłopak urodził się, kiedy ojciec siedział w areszcie za to, że złożył kwiaty pod Domem Polskim w Grodnie w rocznicę wywózek Polaków w 1940 r. W dniu pierwszych urodzin syna Andrzej też siedział - teraz już za to, że w swoich tekstach rzekomo obraził i oszkalował prezydenta Aleksandra Łukaszenkę.

Po wyroku komornicy pewnie odbiorą Poczobutom prawie wszystko, co mają w domu. Już zresztą nałożyli areszt na pralkę i rower. Po skazaniu Poczobuta sprzęty mają być zlicytowane, a pieniądze za nie trafią do kieszeni dyktatora jako rekompensata moralna za to, co Andrzej pisał o nim w swoich tekstach.

Andrzej jakby wrócił do początków dziennikarskiej kariery. Dziesięć lat temu, po krótkiej współpracy z polską "Trybuną", próbował związać się z grodzieńską opozycyjną gazetą "Pahonia" ("Pogoń").

Pogoń to nie tylko godło niepodległej Białorusi do czasu, kiedy Łukaszenka, były dyrektor sowchozu, przywrócił republice stalinowski kolaż z kłosków, promyczków i gwiazdy czerwonej.

Pogoń to także herb rodu Andrzeja. Bo jeśli zajrzeć do rodzinnego archiwum, okaże się, że Poczobut to wcale nie Poczobut, lecz Poczobutt-Odlanicki. Potomek drobnej, ale dobrze zapisanej w historii szlachty siedzącej nad rzeką Odłą, dopływem Świsłoczy, która wpada do Niemna. Marcin Poczobutt-Odlanicki był nadwornym astronomem króla Stasia i nawet odkrył nową konstelację, którą nazwał Ciołkiem Poniatowskiego.

Drugie szlacheckie "t" i drugą część nazwiska rodowi znad Odły zabrali radzieccy urzędnicy, bo obywatel ZSRR miał prawo do jednego "t" i jednoczłonowego nazwiska. Pamięci o Pogoni jednak nie odebrali - tak samo jak patentu szlacheckiego, który udało się przechować w rodzinnym archiwum.

Kiedy 38-letni dziś Andrzej przyszedł do "Pahonii", też były wybory prezydenckie. Gazeta pisała o nich odważnie i uczciwie tak jak Poczobut w swych relacjach dla "Gazety " o wyborach z 19 grudnia zeszłego roku. Ich wyniki Łukaszenka też sfałszował, a potem wysłał swój OMON na tysiące ludzi, którzy wyszli na ulice Mińska, by przeciw fałszerstwom zaprotestować.

Dziennikarze "Pahonii" dziesięć lat temu - tak jak teraz nasz korespondent - również zostali oskarżeni o zniesławienie prezydenta. Mikoła Markiewicz dostał wtedy dwa i pół roku więzienia. Paweł Mażejka został skazany na dwa lata przymusowych robót za tekst o tym, że chciałby, by przywódcą kraju został "otwarty, uczciwy i odważny polityk", silny "swą szczerością", a nie "szwadronami śmierci" (związane z MSW bojówki porwały i zabiły kilku opozycjonistów).

Między współpracą z rozpędzoną przez władze "Pahonią" a przyjściem do "Gazety" Poczobut pisał do ogólnokrajowego dziennika "Narodnaja Wola" oraz w wychodzących w Grodnie, najbardziej buntowniczym mieście Białorusi, pismach "Dień" i "Miestnoje Wremia".

Działał też w brutalnie prześladowanym Związku Polaków na Białorusi. Pamiętam dzień, kiedy w lipcu 2005 r. milicjanci wdarli się do Domu Polskiego w Grodnie, wyrzucili stamtąd prezes Andżelikę Borys, by zainstalować swoich ludzi.

Krzepki fizycznie Poczobut siedział już wtedy za kratkami, prewencyjnie aresztowany dzień wcześniej.

Tego dnia, tuż przed szturmem na Dom Polski, Poczobut był sądzony w Lidzie i prowadzący sprawę sędzia miał z nim twardy orzech do zgryzienia. Andrzej, z wykształcenia prawnik, dowiódł, że stawiane mu zarzuty o zorganizowanie polonijnego koncertu są absurdalne. Sędziemu najwyraźniej było wstyd, ale wykonał rozkaz i wydał wyrok - 15 dni aresztu.

Ile razy jeszcze Poczobut, redaktor naczelny polonijnego "Magazynu Polskiego na Uchodźstwie" i przewodniczący Rady Naczelnej ZPB, siedział? Ile czasu spędził w areszcie - nie potrafi policzyć nawet jego żona. - Wydaje mi się, że był to w sumie rok - mówi Aksana.

Tym razem na areszcie się nie skończy. Andrzej siedzi już od 6 kwietnia. Grodzieński prokurator Arsen Nikolski oskarża go o to, że w ośmiu korespondencjach dla "Gazety" i dwóch komentarzach w internecie rzekomo znieważył i oszkalował Łukaszenkę, za co grożą cztery lata łagru. Miał się dopuścić tych czynów nawet w artykule, w którym słowem nie wspomniał o prezydencie.

Poczobut odzyskałby wolność, gdyby przyznał się do winy, przeprosił. Ale on zapowiada, że będzie walczył i na sali sądowej udowodni, że dyktator to dyktator, a reżim Łukaszenki z demokracją nie ma nic wspólnego.

Zapewne przegra i zostanie skazany, bo sędzia, który będzie prowadził proces, przyjdzie na salę rozpraw z podyktowanym mu przez zwierzchników wyrokiem.

Ale Andrzej wypełni zadanie, z jakim trafił w "delegację do więzienia". Zadanie, którego nawet nie stawiała mu redakcja. Zadanie, które postawił sobie już dawno sam, kiedy zdecydował się pisać prawdę o białoruskim reżimie i rządzącym już 17 lat Łukaszence.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':