http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Świat >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Świat RSS

Jak Zachód Gruzję porzucił, a Amerykanie rozważali bombardowanie Rosjan

Marcin Bosacki, Waszyngton
2010-02-06, ostatnia aktualizacja 2010-02-06 13:32

Demonstracja poparcia dla Micheila Saakaszwilego, Tbilisi, 12 sierpnia 2008 r.
Demonstracja poparcia dla Micheila Saakaszwilego, Tbilisi, 12 sierpnia 2008 r.
Fot. Robert Kowalewski / AG

Nie tylko Rosja ponosi odpowiedzialność za wojnę z Gruzją. Ponosi ją również Zachód - pisze w książce "Mała wojna, która wstrząsnęła światem" były amerykański dyplomata Ron Asmus

Ron Asmus
Fot. Adam Kozak / AG
Ron Asmus
SERWISY
Amerykanie rozważali zbombardowanie Rosjan

W czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej w sierpniu 2008 r. prezydent USA George Bush dyskutował z najbliższymi współpracownikami o ataku na oddziały rosyjskie. To jedno z wielu odkryć wydanej w tym tygodniu w Stanach książki "Mała wojna, która wstrząsnęła światem". Napisał ją Ron Asmus, znawca spraw międzynarodowych, były dyplomata w rządzie Billa Clintona.

"W gorących dniach sierpnia 2008 r. - pisze Asmus - doradcy Białego Domu naciskali, by chociaż rozważyć ograniczone opcje wojskowe, by spowolnić ofensywę Rosjan. Mówili m.in. o zbombardowaniu i zablokowaniu tunelu Rockiego [najkrótsza droga z Rosji do Osetii Południowej i Gruzji] i inne chirurgiczne ataki, by zmniejszyć napór Rosjan na rząd Gruzji".

Rozwiązania te zalecali doradcy Narodowej Rady Bezpieczeństwa i wiceprezydenta Dicka Cheneya. Ale przeciwni byli najwyżsi urzędnicy, w tym doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Stephen Hadley. Mimo to Hadley uznał, że "Bush musi wiedzieć, co najbliżsi mu ludzie i członkowie rządu, w tym Cheney, myślą o tym, czy USA powinny rozważyć użycie siły, by pomóc Gruzinom".

11 sierpnia na naradzie przedstawicieli najważniejszych agend rządu, a także Hadleya i Cheneya, z Bushem opcje militarne odrzucono. "Wszyscy rozumieli, że jakiekolwiek kroki wojskowe będą prowadzić do konfrontacji z Moskwą, której rezultatu nie dało się przewidzieć i która nie była w interesie USA".

- Nie mam wysokiego mniemania o prezydencie Bushu, ale jestem głęboko przekonany, że nawet on w żadnym razie nie poszedłby na awanturę z bombardowaniem jednostek rosyjskich. W Białym Domu przecież doskonale rozumieli, że oznaczałoby to początek wojny na pełną skalę - mówi Fiodor Łukjanow, naczelny kwartalnika "Rosja w Polityce Globalnej".

Bezradny Zachód

Książka Asmusa o konflikcie z sierpnia 2008 r. jest fascynującym obrazem kulisów dyplomacji i polityki światowej. Ale i obrazem smutnym - bo pokazującym bezradność Zachodu.

Asmus był przygotowany do napisania takiej książki jak mało kto. Nie ukrywa, że jako były wysoki rangą dyplomata rządu Billa Clintona, a dziś dyrektor prestiżowej fundacji GMF w Brukseli zna głównych aktorów dramatu. Asmus nie jest bezkrytyczny wobec prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego i pisze wprost, że dał się sprowokować i pierwszy wydał rozkaz do ataku. Główny ciężar odpowiedzialności składa jednak na Rosję (wprost) i na Zachód (mniej otwarcie). Pisze, że do wojny musiało dojść, gdyż Gruzja chciała "iść na Zachód", a Rosja byłego prezydenta, a dziś premiera Władimira Putina - "powstrzymać ten marsz wszelkimi środkami".

Najciekawsza jest w "Małej wojnie" analiza błędów Zachodu. Jego przywódcy po obu stronach Atlantyku z reguły nie dostrzegali coraz wyraźniejszych znaków nadciągającej wojny. Nawet jak dostrzegali, to niewiele robili. A jak robili, to bez większych efektów. Asmus pokazuje, jak Rosjan popychały do wojny i decyzja Zachodu o uznaniu niepodległego Kosowa, i chaotyczny szczyt NATO w Bukareszcie, w którym nie dano Gruzji planu wejścia do Sojuszu (bo sprzeciwiały się Niemcy), ale dano obietnicę członkostwa (pod naciskiem m.in. Polski). Przede wszystkim jednak opisuje brak solidarności Zachodu, wspólnego planu i pomysłu nie tylko na Gruzję, ale na całą przestrzeń postsowiecką i samą Rosję.

Zamiast strategii mamy inercję i chaos. Zachód nie potrafił powstrzymać wojny, a w jej trakcie podejmował - i USA, i kluczowi gracze UE - decyzje na kolanie i bez koordynacji. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy storpedował np. pierwszą próbę rozejmu autorstwa jego własnego szefa MSZ Bernarda Kouchnera po prostu dlatego, że do Moskwy chciał jechać sam. Rolę stosunków osobistych - wzajemnej nienawiści Putina i Saakaszwilego czy tego, że niemiecka kanclerz Angela Merkel prezydenta Gruzji nie lubi.

Gdzie jest Bush? Gdzie są Amerykanie?

Chwilami inercja Zachodu jest tragiczna. Sarkozy, przymuszając Saakaszwilego w Tbilisi do podpisania niejasnego tekstu rozejmu, który wynegocjował z Rosjanami, krzyczy: - Gdzie jest Bush? Gdzie są Amerykanie? Nie przyjadą, by ci pomóc, Europejczycy też nie. Jesteś sam. Jeśli nie podpiszesz, za chwilę będą tu rosyjskie czołgi!

Chwilami zaś ta opowieść zmienia się w komedię. Jak wtedy gdy telefonistka na Kremlu krzyczy na szefa parlamentu Gruzji, który chce połączyć Sarkozy'ego z prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem: - Straciłeś rozum? Jest po północy! Przecież to oczywiste, że prezydenta Federacji Rosyjskiej nie można budzić. Nawet po to, by porozmawiał z prezydentem Francji o tym, jak zakończyć krwawą wojnę.

Przede wszystkim ta książka jest jednak rozliczeniem. Asmus uważa, że ta mała wojna przerwała 20-letni proces budowania nowego ładu europejskiego opartego na demokracji, zasadzie samostanowienia i nierozwiązywania konfliktów siłą. Pisze to człowiek, który jako bliski doradca Clintona próbował taką Europę w latach 90. budować. Dziś wojnę w Gruzji widzi jako "starcie XXI-wiecznego świata Zachodu, który widzi rozszerzenie sfery demokracji ku granicom Rosji jako rzecz pozytywną, i Rosji, która wraca do XIX-wiecznego myślenia wielkomocarstwowego". Rosji, która tą wojną zaczęła "nową erę powstrzymywania i odwetu".

Asmus uważa, że nikt tej wojny nie wygrał. Gruzja, to oczywiste, zapewne bezpowrotnie tracąc zbuntowane prowincje Abchazję i Osetię Południową. Zachód, bo półtora roku później Rosja wciąż nie wypełniła postanowień gwarantowanego przez Zachód rozejmu i nie wycofała wojsk na pozycje sprzed sierpnia 2008 r.

Nie wygrała jej też Moskwa, gdyż "nikt już nie będzie patrzył na Rosję Władimira Putina po tej wojnie tak jak przedtem", a także dlatego, że mniejsi sąsiedzi Rosji są po tej wojnie tym bardziej chętni do szukania opieki Zachodu. Asmus, jak w latach 90., wierzy, że trzeba im pomagać, a samą Rosję przekonać, "by przemyślała swój interes narodowy" i chciała stać się częścią Zachodu.

To może być zaklinanie rzeczywistości. Rosja wygrała tę wojnę m.in. dlatego, że - co podkreśla Asmus - "wielu na Zachodzie wycofuje się i udaje, że ta wojna była lokalnym konfliktem, którego nie byliśmy stroną".

Dla "Gazety" Ron Asmus, autor książki o wojnie rosyjsko-gruzińskiej

Tę wojnę nie tylko wszyscy przegraliśmy, ta wojna niczego nie rozwiązała. Gruzja wciąż chce iść na Zachód, Rosja wciąż chce ją powstrzymać. A Zachód wciąż nie zwraca na to uwagi. Wciąż nie ma też mechanizmów międzynarodowych do rozwiązania problemów na Kaukazie. Istnieje ryzyko, że doprowadzi to do jeszcze ostrzejszej polityki Rosji. Jeśli historia ma się nie powtórzyć, musimy wreszcie się czegoś z niej nauczyć.

Wess Mitchell, dyrektor Centrum Studiów Polityki Europejskiej w Waszyngtonie

USA i NATO wyciągnęły po Gruzji jakieś wnioski, np. powstaną plany strategiczne obrony wschodniej flanki NATO. Ale wciąż brakuje wizji strategicznej. W NATO nie ma zgody co do tego, czy i jakim Rosja jest zagrożeniem ani co robić z krajami między Rosją i obecnym NATO i UE. Przez 20 lat planem Zachodu było rozszerzanie jego instytucji. Teraz nie wiemy, czy jest nim konsolidacja strategiczna Sojuszu (zapewnienia USA o pomocy Polsce i krajom bałtyckim) czy wycofywanie się USA i Zachodu z tych terenów (guzik "reset" wobec Rosji). W sumie jesteśmy w tym samym miejscu co w sierpniu 2008: mamy do czynienia z precedensem rosyjskiego rewanżyzmu, a skutecznej odpowiedzi Zachodu czy USA nie ma.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.1

121 głosów