Gdy zaczynał się szczyt, nadzieje były spore. Politycy ze 193 państw zdawali sobie sprawę z tego, że w Kopenhadze nie zdobędą się na nowy traktat międzynarodowy, ale wierzyli - podobnie jak tysiące przedstawicieli organizacji ekologicznych z całego świata - że zdołają przynajmniej uzgodnić mocną deklarację polityczną. Dokładnie opisującą, co świat musi zrobić, by uniknąć klimatycznej katastrofy.
Ale z każdym dniem dwutygodniowych negocjacji nadzieje gasły. Ostatecznie umarły w piątek, gdy w Kopenhadze przemówił amerykański prezydent
Barack Obama. Uczestnicy obrad oczekiwali, że ogłosi ustępstwa i w ostatniej chwili uratuje szczyt. Że np. zaoferuje większe redukcje emisji CO2 w
USA - bo do tej pory Stany proponowały tylko 4 proc. w stosunku do 1990 r., podczas gdy
Unia Europejska i Japonia - co najmniej 20 proc.
Obama nie zaproponował jednak niczego nowego. -
Ameryka ma zamiar kontynuować działania w celu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych i przejścia do gospodarki zasilanej czystą energią bez względu na to, co stanie się tu, w Kopenhadze - powiedział. - Nie jest możliwe, by każdy kraj dostał wszystko, czego chce.
Obama powtórzył swoje stare żądanie - by wszystkie ogłoszone przez innych (np. przez Unię) redukcje gazów cieplarnianych były weryfikowane międzynarodowo. Na to nie chciały zgodzić się
Chiny, największy emitent CO2 na świecie. Obama chwilę po swoim przemówieniu odbył rundę rozmów ze światowymi liderami, w tym z premierem Chin Wen Jiabao i szefem rządu Indii. Przekonał ich tylko częściowo, choć negocjacje toczyły się w szaleńczym tempie. Przywódcy zrezygnowali nawet z tradycyjnego "zdjęcia rodzinnego".
W piątek wieczorem dyplomaci zapewniali, że "jest porozumienie". - Ten konsensus posłuży działaniom klimatycznym na kolejne lata - podkreślał amerykański prezydent.
Ale faktyczny efekt żmudnych pertraktacji wydaje się żałosny. Deklaracja polityczna jest wyprana z konkretów, nie ma żadnej mocy prawnej. Wedle ostatnich informacji z dokumentu mogło wypaść nawet ogólnikowe zobowiązanie, że do 2050 r. świat winien ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o połowę w stosunku do 1990 r. A o ile ograniczyć emisję CO2 już w 2020 r.? To też ma być ustalone później, w styczniu 2010 r. Tymczasem naukowcy alarmują, że za 11 lat emisje gazów muszą być zmniejszone o 30-40 proc. w stosunku do 1990 r. - bo inaczej Ziemi grożą katastrofy na biblijną skalę.
Deklaracja stwierdza też, że wzrost temperatury atmosfery nigdy nie może być wyższy niż 2 st. C w porównaniu z początkiem XX w. Ale jak to osiągnąć? Projekt wspomina, że państwom biednym trzeba zaoferować pomoc - do 100 mld dol. rocznie w roku 2020, a 30 mld dol. w latach 2010-12. A "weryfikacja ograniczeń" - której chciały USA - ma polegać na tym, że kraje same opublikują swoje dokonania. - Postęp w Kopenhadze jest niewystarczający - przyznał Obama.