Polacy są obecnie największą mniejszością narodową nad fiordami. - Import polskich pracowników jest zagrożeniem dla systemu socjalnego - mówi Raymond Johansen, szef współrządzącej Partii Pracy. - Bardzo dużo pracują, często po 15 godzin, często za małe pieniądze. Nie ma wątpliwości, że w niedalekiej przyszłości będą chcieli pomocy socjalnej - tłumaczył niedawno.
Zdaniem Johansena z Polakami może być po latach ten sam problem co z Pakistańczykami sprowadzanymi jako tania siła robocza w latach 70. Dziś bardzo wielu Pakistańczyków i ich rodziny są na garnuszku państwa, a Norwegowie uważają ich za obciążenie.
Szacuje się, że w niespełna pięciomilionowej Norwegii żyje ok. 150 tys. Polaków. Pracują na budowach, w rolnictwie, w przemyśle i jako złote rączki. W odróżnieniu od Pakistańczyków na razie nie myślą o opiece socjalnej - przyjeżdżali skuszeni dobrymi zarobkami. W ostatnich kilku latach stali się największą mniejszością narodową, wyprzedzając Szwedów, Duńczyków czy Pakistańczyków.
Norwegia nie należy do Unii, ale jest w Europejskim Obszarze Gospodarczym, więc jej rynek pracy jest otwarty dla Polaków. Tylko w 2009 r. zarejestrowało się 42,5 tys. Polaków. Kiedy z powodu kryzysu bezrobocie zaczęło zaglądać Norwegom w oczy, sprawa imigrantów zarobkowych stała się paląca.
- Jak przeczytałem słowa Johansena, to jakbym dostał w łeb - mówi "Gazecie" Łukasz Kędzierski, redaktor polonijnego portalu dla Polaków w Norwegii MojaNorwegia.pl. - Można to potraktować jako ostrzeżenie dla Polaków. No i ten język - "import" siły roboczej! Jakby chodziło o zwierzęta, a nie ludzi - oburza się.
Norwescy Polacy uznali, że to początek nagonki. - Jak było trzeba ludzi do roboty, to było git, a jak jest problem, to trza Polaków wy...ć. Poczekamy i zobaczymy, jak będą śpiewać wszyscy ci, co do gardeł nam skaczą z hasłem paszoł won z mojej Norwegii - napisał Polak podpisujący się jako Penthomide na forum MojaNorwegia.pl
- Problemem nie są Polacy, ale złe warunki pracy - mówi Julia Maliszewska mieszkająca od lat w Norwegii, a dziś walcząca o prawa Polaków w związku zawodowym budowlańców Bygningsarbeiderforbund. To za jej namową za Polakami ujął się Petter Vellesen, szef Bygningsarbeiderforbund.
W rozmowie z dziennikiem "Aftenposten" Vellesen zarzucił szefowi Partii Pracy cynizm (bo zwykle socjaldemokracja broni pracowników) i przypomniał, że pracujący legalnie w Norwegii Polacy płacą podatki, więc mają takie samo prawo do zasiłków i emerytury jak Norwegowie.
Zdaniem Vellesena i Maliszewskiej sekretarz Partii Pracy poruszył ważny problem, czyli eksploatacji Polaków pracujących dłużej, w gorszych warunkach i za mniejsze pieniądze niż Norwegowie. Dlatego Polacy mogą szybciej stracić zdrowie.
- Budowlańcy rzadko dochodzą do wieku emerytalnego (w Norwegii wynosi on dla mężczyzn 67 lat, w Polsce 65). Praca na budowie jest bardzo ciężka - mówi Maliszewska. W dodatku większość Polaków jest zatrudniona przez agencje pośrednictwa pracy i nie jest objęta umowami zbiorowymi chroniącymi norweskich pracowników.
Dzięki takim umowom Norweg na budowie zarabia 230 koron (113 zł) za godzinę, a Polak tylko 140 koron (68 zł). Polacy nie mają też prawa do przedłużonych urlopów i wcześniejszej emerytury.
Jak dotąd tylko jedna z agencji pośredniczących Adecco obejmuje pracowników umowami zbiorowymi. Niedawno grupa 65 Polaków groźbą strajku wymusiła to samo w drugiej agencji - Jobzone Bygg og Anlegg. Zatrudnieni przez nich Polacy będą mieli krótszy, 37,5-godzinny tydzień pracy, dłuższe urlopy i mężów zaufania, którzy w ich imieniu wynegocjują z pracodawcą lepsze stawki.
Maliszewska zapewnia, że Polacy pracują w Norwegii ciężko, mają dobrą opinię i nie są obciążeniem dla norweskiego państwa. - Choć mamy kryzys i rośnie bezrobocie, z zasiłków dla bezrobotnych korzysta tylko ok. 4 tys. rodaków - mówi. Jej zdaniem nawet jeśli 40 z obecnych 200 tys. Polaków mieszkających w Norwegii zdecyduje się zostać tam na stałe, to nie obciążą zbytnio norweskiego państwa opiekuńczego.