Tegoroczne wybory są wyjątkowo ważne. Mają pomóc w zakończeniu kryzysu politycznego, który trwa w Rumunii od prawie dwóch miesięcy. Powodem awantury w rządowej koalicji na początku października stała się rezygnacja socjaldemokratycznych ministrów solidaryzujących się ze zwolnionym wcześniej ich kolegą i szefem MSW. Dan Nica został wyrzucony, kiedy publicznie zarzucił rządowi premiera Emila Boca z Partii Liberalno-Demokratycznej szykowanie wyborczych oszustw na korzyść Basescu wywodzącego się z tego samego obozu politycznego. Dwa tygodnie później upadł rząd Boca i do tej pory nie udało się utworzyć nowego.
Sytuacja Rumunów jest nie do pozazdroszczenia także z innego powodu. W zeszłym miesiącu Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) wstrzymał wypłatę kolejnej raty z wartej 20 mld dol. pożyczki na podtrzymanie pogrążonego w kłopotach ekonomicznych kraju. We wrześniu i październiku przez Rumunię przetoczyła się fala strajków. Budżetówka protestuje przeciwko zalecanej przez MFW redukcji wydatków i zatrudnienia w sektorze publicznym. Właśnie walka z kryzysem gospodarczym była głównym tematem kampanii wyborczej.
Prawdopodobnie w niedzielę żaden z 12 kandydatów nie dostanie ponad 50 proc. głosów i najpewniej w drugiej turze 6 grudnia zmierzą się Basescu i Geoana, którzy w przedwyborczych sondażach wypadali niemal identycznie. W niedzielę równolegle z wyborami odbędzie się referendum, w którym Rumuni zdeklarują się, czy są za proponowanym przez prezydenta zmniejszeniem liczby parlamentarzystów z 471 do 300 i zniesieniem wyższej izby parlamentu.
Źródło: Gazeta Wyborcza