Wśród polityków zaproszonych na uroczystości 20. rocznicy upadku muru berlińskiego nie ma Donalda Tuska ani żadnego szefa rządu z krajów dawnego bloku wschodniego - takie sygnały dotarły do nas z Niemiec. Ignorując sąsiadów, Berlin popełniłby fatalny błąd.
Niemcy upadek muru chcą 9 listopada świętować w gronie wielkich. Zaproszenia wysłano do Moskwy (przyjedzie prezydent
Dmitrij Miedwiediew), Waszyngtonu (wiadomo, że
Barack Obama w zastępstwie wyśle wiceprezydenta Joe Bidena), Paryża i Londynu. Tyle że Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy - a tym bardziej Rosjanie - nie mieli z upadkiem muru nic wspólnego. 20 lat temu patrzyli przecież na przemiany w komunistycznej NRD, a zwłaszcza na zjednoczenie Niemiec, niechętnie. Mur runął na fali protestów, która w 1989 r. przetoczyła się przez Polskę i
Węgry, zmiatając tamtejsze komunistyczne rządy. W tym roku kanclerz Angela Merkel często podkreślała znaczenie dla całej Europy zrywów w środkowej i wschodniej części kontynentu: węgierskiego powstania '56, Praskiej Wiosny '68, naszej "Solidarności", która była inspiracją dla enerdowskiej opozycji. Czyżby o tym teraz zapomniała?
Dwa tygodnie temu Merkel na
Westerplatte używała niezwykle mocnych słów, mówiąc o odpowiedzialności Niemiec za wybuch II wojny światowej i jej skutki, także za przecięcie Europy żelazną kurtyną. Po raz kolejny potwierdziła, że Polska i Niemcy mimo tragicznej historii stały się w Europie bliskimi partnerami. Dlatego zignorowanie polskiego premiera byłoby nie tylko sporym dyplomatycznym nietaktem. Byłby to niezrozumiały krok w kierunku pomniejszenia znaczenia partnerstwa z Polską.
Być może to tylko nieporozumienie, błąd w tej sprawie mogli przecież popełnić urzędnicy z protokołu dyplomatycznego.
Tę sprawę można jeszcze szybko wyjaśnić i odkręcić. Rocznicy upadku muru nie można obchodzić w zamkniętym gronie. To święto całej Europy.