Osetia Południowa to zbuntowana prowincja gruzińska, która po jej zajęciu w wyniku ubiegłorocznej wojny przez Rosjan ogłosiła niepodległość uznaną jedynie przez Rosję i Nikaraguę. Tbilisi oskarża Moskwę o to, że jej żołnierze już "przesunęli" granicę Osetii i zajęli wioskę gruzińską. Moskwa twierdzi, że to Gruzini ją prowokują.
Według Tbilisi korygowanie granicy Gruzji z Osetią już się zaczęło. Żołnierze rosyjscy zajęli w niedzielę przygraniczną wioskę Kweczi - twierdzi gruzińskie
MSZ w opublikowanym wczoraj oświadczeniu.
A Moskwa oskarża Gruzinów, że w ubiegłym tygodniu kilka razy ostrzelali z moździerzy Cchinwali, stolicę Osetii Południowej. Ministerstwo obrony zagroziło nawet użyciem siły, jeśli ostrzały będą trwać nadal. Gruzini odpowiadają, że oni nie tylko nie strzelali, ale to ich wioski w ubiegłym tygodniu znalazły się pod ogniem z Osetii Południowej.
Wzajemne oskarżenia i wzrost napięcia na Kaukazie sprawiają, że wielu obserwatorów w Moskwie zapowiada wybuch nowej wojny w regionie. Paweł Filgengauer, ekspert wojskowy, twierdzi, że jest ona pewna "na 80 proc.".
Julia Łatynina, komentator radia Echo Moskwy, twierdzi, że teraz na Kaukazie mamy do czynienia "z czystymi Gliwicami", czyli rodzajem prowokacji, dzięki której w 1939 r. Hitler dowodził, że to nie on napadł na Polskę, lecz Polska na
Niemcy. Zdaniem Łatyniny prowokacje nie są jednak robotą Moskwy, lecz Kokojtego, który chce doprowadzić do wojny.
Z kolei znany publicysta Leonid Radzichowski dowodzi, że wojny nie będzie, bo nikomu nie jest ona potrzebna. Radzichowski jednak rok temu równie logicznie tłumaczył, że do wojny Rosji z Gruzją nie dojdzie, bo byłaby ona bezsensowna.