Historię, jaka rozegrała się w Pikałowie, Rosjanie od lat nazywają "fortepianem w zaroślach". Tak jest wtedy, kiedy wysocy rangą goście w czasie inspekcji na prowincji przypadkowo trafiają na leśną polankę, gdzie przypadkowo pieką się akurat szaszłyki i chłodzi się wódka. Kiedy zaś po wódce przychodzi ochota zaśpiewać, okazuje się, że w zaroślach przypadkowo znajduje się fortepian, a przy nim lokalny wirtuoz.
Wesela bank nie odbierze
Swietłana Smirnowa nie zna słów "Międzynarodówki". Ma dopiero 20 lat i nie uczyła się w szkole radzieckiej, tylko już w rosyjskiej. Kiedy szła z tłumem na blokadę szosy St. Petersburg - Wołogda, śmiała się ze swych sąsiadek z hotelu robotniczego Jeleny Matuzowej i Nadieżdy Romaszewej, bo te, trzymając się za ręce, darły się na całe gardła o głodnych i niewolnikach stających do śmiertelnego i ostatecznego boju.
Tłuściutka PeTeUsznica, jak w Rosji mówią na absolwentów zawodówek, to w ogóle śmieszka i niepoprawna optymistka. W październiku urodziła Aliskę i razem z Aloszą od razu planowała synka. Bo dlaczego nie? Za drugie dziecko Putin daje rodzicom 320 tys. rubli (32 tys. zł). Wystarczy na wkład na mieszkanie, resztę dopłaciliby z kredytu.
Z tym nie byłoby problemu, bo Alosza miał robotę w kombinacie, a ona tam sprzątała. W sumie zarabiali 20 tys. rubli. Jak na rosyjską prowincję - znakomicie. Banki takim jak oni chętnie dawały pożyczki, Alosza i Swietłana bez trudu dostali już dwa kredyty - 80 tys. na wesele i 40 tys. na skuter.
W marcu Alosza stracił pracę, choć niby sam odszedł z kombinatu. - Oszukali go. Fabryka już od trzech miesięcy nie płaciła mu pensji. W biurze powiedzieli, że jak przyniesie podanie o zwolnienie, to od ręki dostanie całe zaległe pobory. Od dawna nie mieliśmy grosza, zgodził się, ale dali mu tylko 10 tys. - opowiada, śmiejąc się Swietłana. - A ja też zostałam bez pracy, bo moją firmę, która sprzątała w fabryce, w ogóle rozwiązali.
Swietłana poważnieje, kiedy pytam, z czego żyją. Dziś mają tylko 4 tys. zasiłku na dziecko. Z tego 1,5 tys. trzeba zapłacić za pokoik w hotelu robotniczym, a jeszcze 4,5 tys. oddać bankowi za kredyty. - Skuter mogą nam zabrać, ale wesela bank sobie nie weźmie - Swietłana znów wybucha śmiechem, kiedy ją pytam, czy nie żałuje, że lekkomyślnie roztrwonili pieniądze.
Alosza, taki sam dzieciak jak jego młoda żona, nawet nie szuka nowej roboty. W Pikałowie i tak jej nie znajdzie.
Tu jest 9 tys. ludzi zdolnych do pracy. Połowę z tego zatrudniał kombinat, dziś rozdzielony na trzy fabryki. Chłopak pracował w największej produkującej tlenek glinowy, półfabrykat, z którego wytapia się aluminium. Fabryka od kilku miesięcy stoi, bo - jak twierdzą jej szefowie - w czasie kryzysu przynosiła poważne straty.
Stoją też cementownia i wytwórnia potasu. Te dwa zakłady były bardzo dochodowe, ale pracowały na odpadach pozostających przy produkcji tlenku glinowego. Produkcja tlenku jest wstrzymana, więc nie ma odpadów.
- Nie próbowałeś znaleźć roboty gdzie indziej? Ponoć elektrownia atomowa w Sosnowym Borze, 25 km stąd, potrzebuje ludzi. Na północy Rosji przy gazie czy ropie można znakomicie zarobić. Nie chciałbyś tam pojechać? - pytam.
- I co, zostawić Swietę?! Ona by mi głowę urwała, zazdrosna jest - oburza się chłopak i tłumaczy: - To gubernator opowiada wszędzie, że Sosnowy Bór potrzebuje kilku tysięcy ludzi do roboty i daje miejsca w hotelach robotniczych. Ale to g... prawda, koledzy tam pytali. Elektrownia potrzebuje specjalistów, płaci kopiejki, hoteli nie ma. Co zarobisz, wydasz na dojazd. Robotę niech nam dadzą na miejscu, w naszym kombinacie. U nas wszyscy mówią, że najlepiej będzie, jak wszystkie trzy nasze fabryki przejmie państwo i znowu połączy je w jeden kombinat, zatroszczy się o ludzi. Wtedy w Pikałowie znowu będziemy żyć dobrze, po ludzku. Tak jak było do kryzysu - rozmarza się robotnik.
Cicha śmierć "monopułapek"
Takie miejscowości jak Pikałowo w Rosji nazywają "monomiastami". "Mono", bo powstały przy jednej czy kilku fabrykach tej samej branży. Są dalekim echem stalinowskiej industrializacji. Powstawały na kompletnych pustkowiach, daleko od dróg, tras kolejowych - po prostu tam, gdzie znaleziono cenne surowce. Darmową siłą roboczą byli w nich łagiernicy, których dzięki NKWD nigdy nie brakowało.
"Monomiasta" powstawały i przy Nikicie Chruszczowie, i Leonidzie Breżniewie, ale wtedy było już gorzej z więźniami łagrów, których wraz z końcem stalinizmu było o wiele mniej. Robotników władza wabiła więc do fabryk dobrymi zarobkami, przydziałem mieszkania i - co w kraju zawsze pustych sklepowych półek było niezmiernie ważne - specjalnym zaopatrzeniem. W "monomiastach" kiełbasa, jeśli nie zawsze, bywała często.
Nikt nie wie, ile "monomiast" Rosja dostała w spadku po ZSRR - może 500, może 1 tys. Gazeta "Trud" podliczyła ostatnio, że w takich miejscowościach, których sercem jest jeden duży zakład pracy, mieszka co piąty Rosjanin - 28 mln ludzi. W sumie wytwarzają oni 40 proc. produktu narodowego.
W nowej Rosji "monomiasta" stały się "monopułapkami". W warunkach gospodarki rynkowej fabryki, szczodrze dotowane przez państwo, okazały się nierentowne, a produkcja niektórych z nich - po prostu nikomu niepotrzebna.
Wiele z tych miast pogrążyło się w kryzysie zaraz po upadku ZSRR, i są w nim do dziś. Młodzi tam albo piją, albo uciekają. Starsi mieszkańcy żyją z emerytur i z pracowniczych działek. I marzą o złotych czasach radzieckiego dobrobytu. Nie buntują się, bo stracili wiarę, że to cokolwiek da.
I tak rozsiane po rosyjskiej prowincji "monomiasta" po cichu umierają.
Źródło: Gazeta Wyborcza