Nie taka Rosja zła, jak Polacy to malują
2009-05-01
, aktualizacja: 01.05.2009 14:20
Prezydent Miedwiediew (z lewej) i premier Putin w rezydencji w Gorki pod Moskwą (Fot. Mikhail Klimentyev AP)
W polskiej publicystyce, a co gorsza także w polskiej polityce, reformatorzy ekipy Putina są nieobecni. Nie ma żadnego pomysłu na zainteresowanie tych ludzi Polską. Dominuje strach przed jakąkolwiek współpracą z Rosją. Zapewne jeszcze długo nie uda się rozwiązać kontrowersji wokół gazu, historii, tarczy antyrakietowej i innych "spraw trudnych". Ale obrażanie się i odwracanie plecami to najgorsza z możliwych strategii.
ZOBACZ TAKŻE
- Gadać z Moskwą, rozumieć świat (08-05-09, 12:00)
- Po wizycie min. Sikorskiego w Moskwie między Polską i Rosją coraz cieplej (07-05-09, 00:00)
- Odmrażanie Moskwy (05-05-09, 00:00)
- Polityka wobec Rosji. Nowe otwarcie czy kolejne rozczarowanie? (16-04-09, 10:06)
- KAMIENNA ROSJA, MARTWY LUD (26-01-09, 23:20)
Wydana kilka lat temu książka Andrzeja Romanowskiego o XIX-wiecznych polskich powstańcach i konspiratorach nosiła tytuł "Jak oszukać Rosję". Hasło to jest dla wielu publicystów i polityków nadal główną zasadą w stosunkach z Moskwą. Wszelka współpraca z Rosją jest "podejrzana" i "niekorzystna". Najbardziej kuriozalną wersję tej ideologii przedstawił jako premier Jarosław Kaczyński, gdy stwierdził jesienią 2007 r., że próba kupna przez Gazprom 300 stacji benzynowych stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. Stacji mamy w Polsce prawie 7 tys., a transakcja była wyssana z palca, ale premier uważał, że musi dać głos.
Pal licho Jarosława Kaczyńskiego - w końcu była to tylko jedna z jego fobii. Gorzej, że nie do końca prawdziwy obraz Rosji zagnieździł się także w głowach ludzi dalekich od jakiegokolwiek zacietrzewienia.
Jest to wizja państwa pozbawionego tradycji demokratycznych, w którym panuje odwieczny konflikt pomiędzy złą, despotyczną władzą a szlachetnymi, choć nielicznymi dysydentami. To Rosja, w której oprycznicy, stupajki, carska Ochrana, oprawcy z NKWD i bezmyślni partyjni kacykowie o nalanych twarzach (dziś reprezentują ich putinowscy kagiebiści poutykani w rozmaitych instytucjach) stoją po jednej stronie, a po drugiej - inteligenci, pisarze, działacze praw człowieka - Aleksander Radiszczew, dekabryści, XIX-wieczni rewolucjoniści, a później - dysydenci w ZSRR. Dziś to działacze antyputinowskiej opozycji.
Reformatorzy na szczytach władzy
Z taką wizją Rosji nie sposób się zgodzić. Po pierwsze, nie ma w niej miejsca na wydarzenia i ludzi, którzy odegrali ogromną rolę w historii Rosji i ZSRR - reformatorów wywodzących się z szeregów samej władzy. To car Aleksander II, Siergiej Witte, minister finansów i architekt sukcesu gospodarki rosyjskiej przed I wojną światową, Piotr Stołypin, ówczesny premier i twórca reformy agrarnej, która miała dać Rosji liczną klasę bogatych chłopów, lub w XX w. Michaił Gorbaczow i jego ekipa. Wszyscy reprezentowali władzę, ale dzięki nim Rosja stawała się innym, lepszym krajem. W XIX w. stworzyli obdarzone autonomią uniwersytety, znakomite i niezależne sądownictwo (bardzo wysoko oceniane np. przez Pawła Jasienicę, który przecież caratu w sercu nie nosił), dali wolność, a później i ziemię chłopom, wyciągali z zapaści rosyjską gospodarkę czy jak Gorbaczow demontowali autorytarny reżim, czego wynikiem było odzyskanie przez Rosjan wolności politycznej. A przy tym niektórzy walczyli z opozycją, czasem, jak Stołypin, bezwzględnie.
Ponadto "szlachetna twarz rosyjskiego sprzeciwu wobec tyranii" (to słowa Adama Michnika) nie jest wcale tak nieskalana. W XIX w. rewolucyjni inteligenci sięgnęli po terror, zabijając bombami carskich urzędników, ale przy okazji często niewinnych ludzi. Naiwny idealizm rewolucyjnej inteligencji, wyobcowanie we własnym społeczeństwie, brak instynktu politycznego opisuje choćby znakomity historyk Richard Pipes.
Nauczka rewolucji została jednak zrozumiana - dysydenci w dawnym ZSRR nie powielili błędów swych XIX-wiecznych poprzedników, nie sięgnęli po przemoc. Dziś oni i ich spadkobiercy reprezentują sumienie tej lepszej, innej Rosji. Ale polityka jest sztuką osiągania możliwych celów, a historia Rosji dowodzi, że tego kraju nie da się reformować, pozostając na zewnątrz struktur władzy.
Są i dziś liberałowie u Putina
Liberalni reformatorzy są obecni także w dzisiejszej Rosji. Minister finansów Aleksiej Kudrin, były minister gospodarki, a dziś szef Sbierbanku - największej instytucji finansowej w Rosji - German Gref, minister rozwoju ekonomicznego Elwira Nabiullina, szef doradców gospodarczych Dmitrija Miedwiediewa Arkadij Dworkowicz, wicepremier Aleksander Żukow, wywodzący się jeszcze z ekipy Borysa Jelcyna.
Siergiej Kirijenko, szef Rosatomu (państwowej korporacji zajmującej się energetyką jądrową) i Anatolij Czubajs, prezes Rosnano, który ma stworzyć w Rosji nowoczesną nanotechnologię, to ludzie światli, znający Zachód, nieskażeni teoriami o zachodnich spiskach, które tak często lęgną się w głowach putinowskich ideologów.
Na Zachodzie są szanowani i zapraszani. Postrzega się ich jako osoby, z którymi nie tylko warto robić interesy, ale których warto wspierać, tak aby za 10-15 lat do nich należała władza w Rosji. Trudno sobie zresztą wyobrazić alternatywę, bo mimo szacunku dla odwagi dawnych, radzieckich jeszcze dysydentów, Lwa Ponomariowa - dziś działacza antyputinowskiego ruchu "Solidarnost'" - i Ludmiły Aleksiejewej, która obecnie szefuje moskiewskiej Fundacji Helsińskiej, nie mogę sobie wyobrazić, że będą dzierżyć władzę lub "rząd dusz" nad Newą i Wołgą. Zachowując wszelkie proporcje, to tak, jakby liczyć, że w USA o kierunkach polityki będą decydować Noam Chomsky i Susan Sontag.
Polska ich nie widzi
W polskiej publicystyce, a co gorsza także w polskiej polityce, reformatorzy ekipy Putina są nieobecni. Nie ma żadnego pomysłu na zainteresowanie tych ludzi Polską, na próby ustanowienia jakiejś współpracy. Nie ma wśród nich nikogo, kogo można by uznać za przyjaciela Warszawy, kogoś, który by znał i lubił nasz kraj. Najlepszym świadectwem tej klęski naszej polityki wobec Rosji jest forum gospodarcze w Krynicy, które chce być mostem łączącym Polskę ze Wschodem, ale od lat nie było tam znaczącego gościa z Moskwy.
Nieumiejętność zdobycia przyjaciół wśród młodych rosyjskich reformatorów to porażka naszej dyplomacji, naszych polityków, ale także dziennikarzy piszących o Rosji.
Jest to zaniechanie, za które będziemy płacić bardzo słono. Nasze firmy będą zarabiać na współpracy z Rosją skromne miliony, angażując się w miniaturowe inwestycje, podczas gdy niemieckie, włoskie, fińskie - zyskają miliardy.
Strach złym doradcą
W Polsce w strukturach państwowych dominuje strach przed jakąkolwiek współpracą z Rosją. Ten strach paraliżuje racjonalne myślenie. Szef dużego państwowego koncernu opowiadał mi, że chciał zacząć rozmowy z Rosjanami o wybudowaniu niewielkiego łącznika elektroenergetycznego między Polską o obwodem kaliningradzkim. Po wybuchu wojny w Gruzji natychmiast zrezygnował, bo przecież byłoby to "niepolityczne".
Przejawów takiego irracjonalnego zupełnie lęku nie ma w żadnym innym kraju naszego regionu. Litwa czy Czechy mają podobne do naszego stanowisko w sprawie Gruzji, ale nie przeszkadza im to zarabiać pieniędzy na współpracy z Rosją. Kiedy polskie firmy boją się zacząć rozmowy o budowie wartego kilkadziesiąt milionów złotych, czeski CEZ nie wyklucza, że będzie razem z Rosjanami budował elektrownię jądrową w Kaliningradzie wartą 5 mld euro. Kiedy polski premier twierdzi, że zakup przez Rosjan 30 stacji benzynowych jest groźny dla Polski, na Litwie stacje rosyjskich firm są niemal wszędzie.
Przez ostatnie lata zachodnie koncerny zainwestowały w Rosji kilkadziesiąt miliardów dol. Ford, General Motors, Renault, Volkswagen, Toyota postawiły tam fabryki samochodów. Niemcy, Finowie i Włosi kupili rosyjskie elektrownie. Wyrzucony drzwiami z Sachalinu Shell wszedł oknem i zawarł kolejną umowę o współpracy z Gazpromem, tym razem dotyczącą Jamału. Nawet BP, które miało trudny konflikt z władzami oraz mniejszościowymi rosyjskimi akcjonariuszami, nigdy nie ogłosiło, że chce wyjść z Rosji.
W świetle tego wszystkiego biadania Pawła Zalewskiego na temat smutnego losu inwestorów zagranicznych ("Gazeta" z 16 kwietnia 2009 r.) zasługują na wzruszenie ramion.
Pal licho Jarosława Kaczyńskiego - w końcu była to tylko jedna z jego fobii. Gorzej, że nie do końca prawdziwy obraz Rosji zagnieździł się także w głowach ludzi dalekich od jakiegokolwiek zacietrzewienia.
Jest to wizja państwa pozbawionego tradycji demokratycznych, w którym panuje odwieczny konflikt pomiędzy złą, despotyczną władzą a szlachetnymi, choć nielicznymi dysydentami. To Rosja, w której oprycznicy, stupajki, carska Ochrana, oprawcy z NKWD i bezmyślni partyjni kacykowie o nalanych twarzach (dziś reprezentują ich putinowscy kagiebiści poutykani w rozmaitych instytucjach) stoją po jednej stronie, a po drugiej - inteligenci, pisarze, działacze praw człowieka - Aleksander Radiszczew, dekabryści, XIX-wieczni rewolucjoniści, a później - dysydenci w ZSRR. Dziś to działacze antyputinowskiej opozycji.
Reformatorzy na szczytach władzy
Z taką wizją Rosji nie sposób się zgodzić. Po pierwsze, nie ma w niej miejsca na wydarzenia i ludzi, którzy odegrali ogromną rolę w historii Rosji i ZSRR - reformatorów wywodzących się z szeregów samej władzy. To car Aleksander II, Siergiej Witte, minister finansów i architekt sukcesu gospodarki rosyjskiej przed I wojną światową, Piotr Stołypin, ówczesny premier i twórca reformy agrarnej, która miała dać Rosji liczną klasę bogatych chłopów, lub w XX w. Michaił Gorbaczow i jego ekipa. Wszyscy reprezentowali władzę, ale dzięki nim Rosja stawała się innym, lepszym krajem. W XIX w. stworzyli obdarzone autonomią uniwersytety, znakomite i niezależne sądownictwo (bardzo wysoko oceniane np. przez Pawła Jasienicę, który przecież caratu w sercu nie nosił), dali wolność, a później i ziemię chłopom, wyciągali z zapaści rosyjską gospodarkę czy jak Gorbaczow demontowali autorytarny reżim, czego wynikiem było odzyskanie przez Rosjan wolności politycznej. A przy tym niektórzy walczyli z opozycją, czasem, jak Stołypin, bezwzględnie.
Ponadto "szlachetna twarz rosyjskiego sprzeciwu wobec tyranii" (to słowa Adama Michnika) nie jest wcale tak nieskalana. W XIX w. rewolucyjni inteligenci sięgnęli po terror, zabijając bombami carskich urzędników, ale przy okazji często niewinnych ludzi. Naiwny idealizm rewolucyjnej inteligencji, wyobcowanie we własnym społeczeństwie, brak instynktu politycznego opisuje choćby znakomity historyk Richard Pipes.
Nauczka rewolucji została jednak zrozumiana - dysydenci w dawnym ZSRR nie powielili błędów swych XIX-wiecznych poprzedników, nie sięgnęli po przemoc. Dziś oni i ich spadkobiercy reprezentują sumienie tej lepszej, innej Rosji. Ale polityka jest sztuką osiągania możliwych celów, a historia Rosji dowodzi, że tego kraju nie da się reformować, pozostając na zewnątrz struktur władzy.
Są i dziś liberałowie u Putina
Liberalni reformatorzy są obecni także w dzisiejszej Rosji. Minister finansów Aleksiej Kudrin, były minister gospodarki, a dziś szef Sbierbanku - największej instytucji finansowej w Rosji - German Gref, minister rozwoju ekonomicznego Elwira Nabiullina, szef doradców gospodarczych Dmitrija Miedwiediewa Arkadij Dworkowicz, wicepremier Aleksander Żukow, wywodzący się jeszcze z ekipy Borysa Jelcyna.
Siergiej Kirijenko, szef Rosatomu (państwowej korporacji zajmującej się energetyką jądrową) i Anatolij Czubajs, prezes Rosnano, który ma stworzyć w Rosji nowoczesną nanotechnologię, to ludzie światli, znający Zachód, nieskażeni teoriami o zachodnich spiskach, które tak często lęgną się w głowach putinowskich ideologów.
Na Zachodzie są szanowani i zapraszani. Postrzega się ich jako osoby, z którymi nie tylko warto robić interesy, ale których warto wspierać, tak aby za 10-15 lat do nich należała władza w Rosji. Trudno sobie zresztą wyobrazić alternatywę, bo mimo szacunku dla odwagi dawnych, radzieckich jeszcze dysydentów, Lwa Ponomariowa - dziś działacza antyputinowskiego ruchu "Solidarnost'" - i Ludmiły Aleksiejewej, która obecnie szefuje moskiewskiej Fundacji Helsińskiej, nie mogę sobie wyobrazić, że będą dzierżyć władzę lub "rząd dusz" nad Newą i Wołgą. Zachowując wszelkie proporcje, to tak, jakby liczyć, że w USA o kierunkach polityki będą decydować Noam Chomsky i Susan Sontag.
Polska ich nie widzi
W polskiej publicystyce, a co gorsza także w polskiej polityce, reformatorzy ekipy Putina są nieobecni. Nie ma żadnego pomysłu na zainteresowanie tych ludzi Polską, na próby ustanowienia jakiejś współpracy. Nie ma wśród nich nikogo, kogo można by uznać za przyjaciela Warszawy, kogoś, który by znał i lubił nasz kraj. Najlepszym świadectwem tej klęski naszej polityki wobec Rosji jest forum gospodarcze w Krynicy, które chce być mostem łączącym Polskę ze Wschodem, ale od lat nie było tam znaczącego gościa z Moskwy.
Nieumiejętność zdobycia przyjaciół wśród młodych rosyjskich reformatorów to porażka naszej dyplomacji, naszych polityków, ale także dziennikarzy piszących o Rosji.
Jest to zaniechanie, za które będziemy płacić bardzo słono. Nasze firmy będą zarabiać na współpracy z Rosją skromne miliony, angażując się w miniaturowe inwestycje, podczas gdy niemieckie, włoskie, fińskie - zyskają miliardy.
Strach złym doradcą
W Polsce w strukturach państwowych dominuje strach przed jakąkolwiek współpracą z Rosją. Ten strach paraliżuje racjonalne myślenie. Szef dużego państwowego koncernu opowiadał mi, że chciał zacząć rozmowy z Rosjanami o wybudowaniu niewielkiego łącznika elektroenergetycznego między Polską o obwodem kaliningradzkim. Po wybuchu wojny w Gruzji natychmiast zrezygnował, bo przecież byłoby to "niepolityczne".
Przejawów takiego irracjonalnego zupełnie lęku nie ma w żadnym innym kraju naszego regionu. Litwa czy Czechy mają podobne do naszego stanowisko w sprawie Gruzji, ale nie przeszkadza im to zarabiać pieniędzy na współpracy z Rosją. Kiedy polskie firmy boją się zacząć rozmowy o budowie wartego kilkadziesiąt milionów złotych, czeski CEZ nie wyklucza, że będzie razem z Rosjanami budował elektrownię jądrową w Kaliningradzie wartą 5 mld euro. Kiedy polski premier twierdzi, że zakup przez Rosjan 30 stacji benzynowych jest groźny dla Polski, na Litwie stacje rosyjskich firm są niemal wszędzie.
Przez ostatnie lata zachodnie koncerny zainwestowały w Rosji kilkadziesiąt miliardów dol. Ford, General Motors, Renault, Volkswagen, Toyota postawiły tam fabryki samochodów. Niemcy, Finowie i Włosi kupili rosyjskie elektrownie. Wyrzucony drzwiami z Sachalinu Shell wszedł oknem i zawarł kolejną umowę o współpracy z Gazpromem, tym razem dotyczącą Jamału. Nawet BP, które miało trudny konflikt z władzami oraz mniejszościowymi rosyjskimi akcjonariuszami, nigdy nie ogłosiło, że chce wyjść z Rosji.
W świetle tego wszystkiego biadania Pawła Zalewskiego na temat smutnego losu inwestorów zagranicznych ("Gazeta" z 16 kwietnia 2009 r.) zasługują na wzruszenie ramion.
"Ich interesy, szczególnie w branżach strategicznych, jak energetyka, nie są skutecznie gwarantowane prawem krajowym. Funkcjonowanie obcego kapitału jest możliwe jedynie w oparciu o rządową koncesję. Gdy relacje między krajami rozwijają się zgodnie z oczekiwaniami Kremla, interesy przedsiębiorstw są respektowane. Konsekwencje odwrotnego przypadku ilustrują problemy, które miały BP i Shell w ślad za zaognieniem się relacji brytyjsko-rosyjskich" - pisze Zalewski.
Zachód się wpycha do Rosji
Lektura tego tekstu przypomniała mi znany aforyzm Stanisława Jerzego Leca: "Zawsze znajdą się Eskimosi, którzy wypracują dla mieszkańców Konga Belgijskiego wskazówki zachowywania się w czas olbrzymich upałów". Gdyby prezesi zachodnich koncernów czytali wcześniej tekst Zalewskiego, to pewnie trzymaliby się z daleka od Rosji. Tyle że takich głosów było już bardzo wiele, ale inwestorzy jakoś się nie boją.
W 2003 r. wydawało się, że skutecznie ich wystraszy sprawa Jukosu. Tymczasem William Browder, szef amerykańskiego funduszu Hermitage, który zainwestował w akcje rosyjskich spółek ponad miliard dolarów, stwierdził, że los Jukosu nie będzie miał żadnego znaczenia. Okazało się, że miał rację. Browder sam padł ofiarą rosyjskich stosunków - rok temu naraził się szychom z FSB i odmówiono mu wjazdu do Rosji, próbowano także przejąć kilka firm, w które zainwestował. Ale jakoś się nie zniechęcił, udało się mu nawet wygrać sprawę w rosyjskim sądzie.
Miałem okazję w ostatnim roku rozmawiać z przedstawicielami kilku zagranicznych firm, niemieckich, polskich, amerykańskich, którzy zainwestowali w Rosji. Wbrew temu, co pisze Zalewski, wszyscy uważają, że warunki poprawiają się, rośnie stabilność regulacyjna, poprawia się infrastruktura i lepsza jest ochrona prawna. - Oświecony autorytaryzm jest dla inwestorów zawsze lepszy niż chaos i anarchia - mówił mi Krzysztof Lipka, jeden z szefów PricewaterhouseCoopers na Ukrainie, który wcześniej pracował w Kazachstanie i w Rosji.
Jest przestrzeń współpracy
Nie wierzę, że w ciągu najbliższych dwóch lat nastąpi jakiś polityczno-gospodarczy przełom w stosunkach z Rosją, bo atmosfera jest wciąż zbyt napięta. Ale możemy zainwestować w przyszłość stosunków między naszymi społeczeństwami.
W 2005 r. spotkałem w Petersburgu młodego mieszkańca Ostródy, który właśnie zaczynał studia na Uniwersytecie Petersburskim. Opowiadał, że wszystko musiał załatwiać sobie sam - od poświadczenia matury, aż po miejsce w akademiku. Nie ma bowiem żadnej międzypaństwowej umowy o wymianie studentów między Polską a Rosją, dzięki której studenci z naszego kraju mogliby bez biurokratycznych problemów studiować w Rosji.
W naszym kraju ponad ćwierć miliona dzieci i młodzieży, z tego 68 tys. licealistów, uczy się rosyjskiego. To najlepszy wynik w całej UE. Dlaczego więc do tej pory nie powstał program masowej, współfinansowanej przez oba kraje wymiany młodzieży, współpracy uczelni i miast partnerskich? Dlaczego nie mamy programu współpracy naukowej, zwłaszcza w naukach ścisłych, tradycyjnie świetnie rozwiniętych w Rosji?
Zapewne jeszcze długo nie uda się rozwiązać polsko-rosyjskich kontrowersji wokół gazu, historii, tarczy antyrakietowej i innych "spraw trudnych". Ale nie znaczy to, że mamy się na siebie obrażać i odwracać plecami. To najgorsza z możliwych strategii.
Pozytywny program wobec Rosji musi być rozpisany nie ad hoc, bo akurat we wrześniu przyjeżdża Władimir Putin. Trzeba go opracować na lata, tak jak np. Finowie, którzy niedawno przyjęli rządowy dokument nazywany Russia Action Plan. Finowie bliskość potężnego, acz lekko nieobliczalnego sąsiada traktują jak atut, a nie utrapienie. Są otwarci na współpracę, dopóki daje ona korzyści obu stronom.
Zachód się wpycha do Rosji
Lektura tego tekstu przypomniała mi znany aforyzm Stanisława Jerzego Leca: "Zawsze znajdą się Eskimosi, którzy wypracują dla mieszkańców Konga Belgijskiego wskazówki zachowywania się w czas olbrzymich upałów". Gdyby prezesi zachodnich koncernów czytali wcześniej tekst Zalewskiego, to pewnie trzymaliby się z daleka od Rosji. Tyle że takich głosów było już bardzo wiele, ale inwestorzy jakoś się nie boją.
W 2003 r. wydawało się, że skutecznie ich wystraszy sprawa Jukosu. Tymczasem William Browder, szef amerykańskiego funduszu Hermitage, który zainwestował w akcje rosyjskich spółek ponad miliard dolarów, stwierdził, że los Jukosu nie będzie miał żadnego znaczenia. Okazało się, że miał rację. Browder sam padł ofiarą rosyjskich stosunków - rok temu naraził się szychom z FSB i odmówiono mu wjazdu do Rosji, próbowano także przejąć kilka firm, w które zainwestował. Ale jakoś się nie zniechęcił, udało się mu nawet wygrać sprawę w rosyjskim sądzie.
Miałem okazję w ostatnim roku rozmawiać z przedstawicielami kilku zagranicznych firm, niemieckich, polskich, amerykańskich, którzy zainwestowali w Rosji. Wbrew temu, co pisze Zalewski, wszyscy uważają, że warunki poprawiają się, rośnie stabilność regulacyjna, poprawia się infrastruktura i lepsza jest ochrona prawna. - Oświecony autorytaryzm jest dla inwestorów zawsze lepszy niż chaos i anarchia - mówił mi Krzysztof Lipka, jeden z szefów PricewaterhouseCoopers na Ukrainie, który wcześniej pracował w Kazachstanie i w Rosji.
Jest przestrzeń współpracy
Nie wierzę, że w ciągu najbliższych dwóch lat nastąpi jakiś polityczno-gospodarczy przełom w stosunkach z Rosją, bo atmosfera jest wciąż zbyt napięta. Ale możemy zainwestować w przyszłość stosunków między naszymi społeczeństwami.
W 2005 r. spotkałem w Petersburgu młodego mieszkańca Ostródy, który właśnie zaczynał studia na Uniwersytecie Petersburskim. Opowiadał, że wszystko musiał załatwiać sobie sam - od poświadczenia matury, aż po miejsce w akademiku. Nie ma bowiem żadnej międzypaństwowej umowy o wymianie studentów między Polską a Rosją, dzięki której studenci z naszego kraju mogliby bez biurokratycznych problemów studiować w Rosji.
W naszym kraju ponad ćwierć miliona dzieci i młodzieży, z tego 68 tys. licealistów, uczy się rosyjskiego. To najlepszy wynik w całej UE. Dlaczego więc do tej pory nie powstał program masowej, współfinansowanej przez oba kraje wymiany młodzieży, współpracy uczelni i miast partnerskich? Dlaczego nie mamy programu współpracy naukowej, zwłaszcza w naukach ścisłych, tradycyjnie świetnie rozwiniętych w Rosji?
Zapewne jeszcze długo nie uda się rozwiązać polsko-rosyjskich kontrowersji wokół gazu, historii, tarczy antyrakietowej i innych "spraw trudnych". Ale nie znaczy to, że mamy się na siebie obrażać i odwracać plecami. To najgorsza z możliwych strategii.
Pozytywny program wobec Rosji musi być rozpisany nie ad hoc, bo akurat we wrześniu przyjeżdża Władimir Putin. Trzeba go opracować na lata, tak jak np. Finowie, którzy niedawno przyjęli rządowy dokument nazywany Russia Action Plan. Finowie bliskość potężnego, acz lekko nieobliczalnego sąsiada traktują jak atut, a nie utrapienie. Są otwarci na współpracę, dopóki daje ona korzyści obu stronom.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
- 1.
"Co się tak, durniu, cieszysz, wyjedziemy na miasto, to ci mina zrzednie". Egzamin na prawo jazdy w praktyce
- 2.
Nowa moda komunijna: do kościoła limuzyną z szoferem. "Najchętniej wybierają takie z drzwiami podnoszonymi do góry"
- 3.
Kościół matury nie odpuszcza
- 4.
Ray Manzarek - 8 piosenek, które musisz znać
- 5.
Policjant skazany za pobicie uczestnika Marszu Niepodległości. "Bił z furią i agresją"
- 1.










