Amerykanie kopniakami wyważyli drzwi. Zastrzelili brata doktora, czternastoletniego chłopaka, który z karabinem pilnował nocą obejścia. Potem zastrzelili innego z braci, który chciał go ratować, a także jego żonę. Rykoszet trafił też żonę doktora w kręgosłup. Na koniec Amerykanie poszczuli wszystkich psami.
Tak według relacji Ikrama Szinwariego, wyglądał nocny najazd na dom doktora Bilala Hassana z Chostu. W grudniu Amerykanie otrzymali donos, że doktor pomaga talibom.
Dr Bilal i jego czterech kuzynów zostali tej nocy aresztowani. Po miesiącu Amerykanie wszystkich zwolnili i przyznali, że wprowadzono ich w błąd. Zapłacili doktorowi 5 tys. dol. odszkodowania.
W Afganistanie przyjęło się, że za pomyłkowo zabijanych cywilów zachodnie wojska wypłacają ich krewnym dwa tysiące dolarów odszkodowania. Stawka za rannego wynosi pół tysiąca.
Śmierć Amerykanom Wstawał świt, gdy do zapomnianej przez Boga i ludzi wioski w powiecie Czarch w podkabulskiej prowincji Logar przybyli amerykańscy żołnierze. Ich szpiedzy donieśli im, że w jednym z zakurzonych domostw talibowie mają fabrykę bomb i min.
Amerykanie otoczyli domostwo i wezwali mieszkańców, by wyszli z podniesionymi rękami. Wtedy w ich kierunku posypały się strzały. - Nasi żołnierze użyli broni, a w wyniku strzelaniny pięciu partyzantów zginęło - ogłosiło amerykańskie dowództwo.
Nazajutrz na placu przed urzędem gubernatora podkabulskiej prowincji Logar zebrał się gniewny tłum. "Śmierć Ameryce!" - wygrażali wzburzeni Pasztuni, przysięgając, że Amerykanie zastrzelili niewinnych ludzi - mułłę i jego czterech dorosłych synów. - To był dobry mułła, nie zadawał się z partyzantami - bił się w piersi Mustafa Sulejman-chel.
Dowódca wojsk
USA w Logarze płk David Haight zapewniał, że nic nie wiedział o rajdzie na wioskę w podległym mu regionie. - Tę operację przeprowadzili żołnierze z Bagramu - wyjaśniał. Z bazy w podkabulskim Bagramie, a także z tej na lotnisku w Kandaharze i tuzina innych rozrzuconych po całym kraju ruszają do akcji żołnierze z oddziałów specjalnych wojsk USA. Nie podlegają dowództwu wojsk zachodniej koalicji, a wśród Afgańczyków cieszą się złowrogą sławą wyjątkowo bezwzględnych i brutalnych.
Dwa tygodnie temu Pasztuni z Logaru też wygrażali przed gubernatorskim urzędem w Pul-e Alam: "Śmierć Ameryce". Wtedy poszło o śmierć dwóch mieszkańców z wioski Bagh-e Sultan. Miejscowy mułła Abdul Matin twierdził, że napuszczeni przez jego wrogów Amerykanie zabili mu brata. Amerykanie przyznają, że postanowili nocą przeprowadzić rewizję w domostwie Szer Aghi. Otworzyli ogień, kiedy zaczął do nich strzelać.
- Gdyby był niewinny, toby nie strzelał - mówi płk Haight. - Jeżdżę po wsiach i powtarzam starszyźnie plemiennej, że nic do nich nie mam, że jestem tu tylko po to, by im pomóc. I ostrzegam, by nie pozwalali swoim synom sięgać po broń. Mówię im: nie obchodzi mnie, z jakiego powodu wezmą do rąk karabin, dla pieniędzy czy z powodu religii. Moi żołnierze zabiją każdego, kto do nich strzeli. Teraz wam to mówię, żebyście nie byli zdziwieni.
W marcu demonstracje przeciwko nocnym rajdom amerykańskich żołnierzy, w wyniku których zginęli afgańscy cywile (lub talibowie, jak chcą Amerykanie), doszło w graniczącej z Logarem Paktii. Od amerykańskich kul w marcu zginęło też kilkudziesięciu Afgańczyków w prowincjach Herat i Helmand. W lutym "śmierć Kanadyjczykom!" wołali wieśniacy w Kandaharze, gdzie kanadyjscy żołnierze zastrzelili dwoje dzieci. Pięcioro dzieci zginęło też w sąsiednim Uruzganie w strzelaninie między żołnierzami z Australii i talibami. Pod Heratem amerykańscy piloci zrzucili bomby na obozowisko koczowników Kuczi, których wzięli za partyzantów. W styczniu jedynie w wyniku trzech operacji amerykańskich wojsk specjalnych w prowincjach Laghman i Kapisa zginęło ponad 50 cywilów.
Żywe tarcze talibów Według szacunków ONZ w zeszłym roku zginęło w Afganistanie 2118 cywilów. 829 z nich zabili - według autorów raportu - żołnierze zachodniej koalicji (talibowie - 1160; pozostałe ofiary nie zostały przypisane żadnej ze stron). W 2007 r. zginęło niewiele ponad 1,5 tys. cywilów, w 2006 r. - niespełna tysiąc.
Przedstawiciele Czerwonego Krzyża ostrzegają, że w tym roku liczba cywilnych ofiar będzie jeszcze większa, choćby dlatego, że liczba zachodnich wojsk wzrośnie o co najmniej 20 tys. - Na takiej partyzanckiej wojnie jak ta cywilnych ofiar nie da się uniknąć - przyznaje amerykański generał David McKiernan, dowodzący wojskami zachodniej koalicji.
Dowódcy USA winę za cywilne ofiary wojny zrzucają na talibów, którzy chowają się po wsiach i wykorzystują wieśniaków jako żywe tarcze. - Zachodzą do wsi tylko po to, by ostrzelać z niej nasze wojska i zdążyć uciec, zanim zostanie ona zbombardowana - mówi gen. McKiernan. - Talibowie robią to celowo, by spowodować ofiary wśród cywilów i podburzać ich potem przeciwko nam.
Pomyłki zwiadowców i pilotów, prowokacje ukrywających się po wsiach talibów, a także fałszywe informacje przekazywane przez szpiegów, by nasłać na osobistych wrogów amerykańskie wojska, powodowały ofiary wśród ludności cywilnej od samego początku afgańskiej wojny. W grudniu 2001 r., w miesiąc po inwazji USA, pod amerykańskimi bombami zginęło np. ponad 60 pasztuńskich wodzów zmierzających do Kabulu na uroczystą inaugurację prezydentury Hamida Karzaja.
Liczba ofiar pomyłkowych bombardowań zaczęła gwałtownie rosnąć w 2006 r., gdy talibowie, przegrupowawszy się na afgańsko-pakistańskim pograniczu w nową partyzancką armię, wrócili do Afganistanu. Tylko jesienią 2006 r. w nalotach w prowincji Kandahar, twierdzy talibów, zginęło ponad stu chłopów.
Szczególnie wzburzyły Afgańczyków dwie tragedie z 2008 r. Wiosną we wschodniej prowincji Nangarhar zaatakowani przez talibów żołnierze piechoty morskiej USA rzucili się do ucieczki, strzelając na oślep i taranując blokujące im przejazd cywilne samochody. Zginęło wtedy 20 cywilów, a ponad 50 zostało rannych. W sierpniu w wiosce Azizabad w zachodniej prowincji Herat celowo wprowadzeni w błąd przez afgańskiego szpiega Amerykanie zbombardowali domostwo jego osobistego wroga. Zginęło prawie sto osób zebranych na rodzinnej uroczystości.