Walmart ratuje Amerykę

Mariusz Zawadzki, Waszyngton
19.01.2013 , aktualizacja: 19.01.2013 10:25
A A A Drukuj
Łączne przychody 250 największych sieci handlowych na świecie przekroczyły w ubiegłym roku finansowym po raz pierwszy poziom czterech bilionów dolarów.

Łączne przychody 250 największych sieci handlowych na świecie przekroczyły w ubiegłym roku finansowym po raz pierwszy poziom czterech bilionów dolarów. (Fot. Nick Ut AP)

Sieć supermarketów obiecuje zatrudnić każdego weterana, który się zgłosi. Szlachetna akcja czy miraż, podobnie jak opowieści Obamy o milionach nowych miejsc pracy w USA?
Wszyscy, którzy oglądali kultowy film "Rambo", doskonale wiedzą, czym może się skończyć lekceważenie wracających z wojny weteranów.

Gdyby główny bohater - w tej roli Sylvester Stallone - nie był wyszydzany i prześladowany przez szeryfa, tylko dostałby propozycję pracy w Walmarcie, ocalone zostałyby dziesiątki policjantów i żołnierzy, nie mówiąc o sprzęcie wojskowym wartym miliony dolarów, który Rambo unicestwił, zanim zdecydował się - tylko i wyłącznie na prośbę swojego dowódcy z Wietnamu - poddać organom ścigania.

Nawet widzowie, którzy uważają "Rambo" za hollywoodzką szmirę i piramidalną bzdurę, muszą przyznać, że film przekazuje pewną prawdę obiektywną, nawet jeśli została nieco wyolbrzymiona. A mianowicie - sytuacja wojennych weteranów w USA nie jest wesoła. Szczególnie teraz, kiedy gospodarka amerykańska ciągle nie może się otrząsnąć po kryzysie sprzed kilku lat. O ile bezrobocie w skali całego kraju wynosi 8 proc., o tyle w grupie weteranów wracających z Iraku i Afganistanu aż 12 proc.

Dlatego oferta ogłoszona w ostatnią środę wydaje się zacna i pożyteczna: każdy weteran, który w ciągu roku od ukończenia służby zgłosi się do Walmartu, będzie miał zapewnioną pracę, pod warunkiem że nie został dyscyplinarnie zwolniony z wojska. - Powiedzmy sobie szczerze: sami na tym zyskamy. Weterani są zdyscyplinowani i potrafią pracować w drużynie - mówił William Simon, prezes Walmartu, czyli największej sieci supermarketów i zarazem największego pracodawcy w USA (zatrudnia ponad 1,4 mln osób).

Szacuje się, że w ciągu pięciu lat z oferty skorzysta około 100 tys. weteranów. Pierwsza dama Ameryki Michelle Obama, która również stara się im pomagać, nazwała plany Walmartu "historycznymi". - Weterani wracający z wojny nie powinni walczyć o pracę w domu - oświadczyła pani prezydentowa. - Walmart daje przykład i jego śladem powinny pójść inne firmy z sektora prywatnego.

Malkontenci komentują, że Walmart próbuje poprawić sobie wizerunek - sieć od lat oskarżana jest, że wypłaca pracownikom głodowe pensje i dyskryminuje kobiety, które nie mają szans na awans. Kasjerki zatrudnione na niepełny etat zarabiają często po dziewięć dolarów za godzinę i - mimo że mają pracę - żyją na poziomie oficjalnie uważanym przez rząd federalny za ubóstwo. Średnia pensja sprzedawcy w całej sieci jest niewiele większa - wynosi 12,5 dol. za godzinę.

Szczególnie źle mówiło się o Walmarcie kilka tygodni temu, kiedy wpożarze w fabryce produkującej dla niego odzież w Bangladeszu spłonęło ponad sto osób tylko dlatego, że nie było tam żadnej ochronyprzeciwpożarowej.

Jakby tych wszystkich grzechów było mało, wielkie supermarkety w małych miasteczkach doprowadziły do bankructwa tysiące niewielkich sklepów i rodzinnych biznesów, które kiedyś były kołem napędowym gospodarki. Jeśli wziąć pod uwagę, że pomyślność drobnych przedsiębiorców to jeden z mitów, na których została zbudowana Ameryka, okazuje się, że Walmart jest antyamerykański.

- Oni lubią zatrudniać byłych wojskowych, którzy przyzwyczajeni są do systemu hierarchicznego i są oddani organizacji - mówi Nelson Lichtenstein, historyk z University of California w Santa Barbara, złośliwie przekręcając słowa prezesa Simona. Innymi słowy, wojskowi przywykli spełniać polecenia bez szemrania i nie buntują się.

Najwięksi malkontenci uważają jednak, że w gruncie rzeczy prezes Simon nie obiecał weteranom zupełnie nic, a szlachetna oferta jest tylko niezwykle zręczną akcją piarowską. Eksperci z miesięcznika "Time" i z portalu "The Atlantic" przypominają, że Walmart cechuje bardzo duży "obrót" siły roboczej - co roku 37 proc. pracowników odchodzi, a na ich miejsce zatrudniani są nowi. Co roku sieć przyjmuje do pracy pół miliona ludzi, czyli przez najbliższych pięć lat zatrudni (i zwolni) dwa i pół miliona. A zatem 100 tys. weteranów będzie stanowić jedynie 4 proc. nowo zatrudnionych w Walmarcie. Tymczasem stanowią oni aż 9 proc. Amerykanów w wieku produkcyjnym. Ergo - prezes Simon uroczyście obiecał weteranom, że będzie ich zatrudniał dwa razy rzadziej niż inni pracodawcy!

Miraże roztaczane przed byłymi żołnierzami są niestety bardzo podobne do optymistycznych statystyk o malejącym bezrobociu, którymi w ubiegłorocznej kampanii wyborczej chwalił się prezydent Obama. Wprawdzie miejsca pracy faktycznie powstają, ale są z reguły beznadziejne - właśnie takie jak przy kasie w Walmarcie.

Jak wyliczył instytut National Employment Law Project, od początku kryzysu w 2007 r. pracę straciło około siedmiu milionów Amerykanów. 21 proc. z nich zarabiało źle - poniżej 13,83 dol. Tymczasem wśród nowo zatrudnionych aż 58 proc. zarabia poniżej tej stawki!

Dla odmiany: aż 60 proc. Amerykanów, którzy stracili pracę w kryzysie, zarabiało pomiędzy 13,83 a 21,13 dol. Ale tylko 22 proc. nowo zatrudnionych ma pensje w tym przedziale!

A zatem 7 mln z reguły nie najgorszych miejsc pracy zostało zamienionych na 3,3 mln miejsc pracy najczęściej beznadziejnej - tak wygląda ożywienie amerykańskiej gospodarki. Jeśli dodać do tego, że wielkie koncerny kolejno ogłaszają rekordowe zyski, a 400 najbogatszych Amerykanów ma więcej pieniędzy i dóbr niż 180 mln obywateli USA (czyli 60 proc. najbiedniejszych), okaże się, że prezydent Obama ma w drugiej kadencji bardzo dużo do zrobienia.

ZOBACZ TAKŻE

Zobacz więcej na temat: