Marta Urzędowska: Rozmawiałyśmy o sytuacji w Syrii prawie trzy tygodnie temu. Dzisiaj jest gorzej? Rafif Dżuajati: Dużo. W Homs, gdzie od 21 dni trwa regularne bombardowanie kilku dzielnic - Baba Amru, Karam az-Zajtun, Inszaat - mamy już do czynienia z katastrofą humanitarną. Wcześniej codziennie ginęło kilkanaście, kilkadziesiąt osób, teraz z naszych informacji wynika, że może ginąć nawet sto. Dzisiaj rano [w piątek] dostałam wiadomość, że miejskie kostnice już sobie nie radzą - tylu zmarłych dostają każdego dnia. Ale bomby to nie wszystko. Ludzie nie mają co jeść, nie ma wody, prądu, leków, materiałów opatrunkowych. W piątek w całej Syrii organizowane są protesty solidarności z Homsem pod hasłem: "Zostawcie Baba Amru, strzelajcie do nas!".
Strzelają? - Tak. Wszędzie tam, gdzie są demonstracje, wojsko i snajperzy strzelają do protestujących z ostrej amunicji. I nie tylko - ostatnio dostajemy sygnały, głównie z Homs, że reżim zaczął używać broni chemicznej. Oczywiście ludzie nie są w stanie ocenić, z jaką bronią mają do czynienia, ale opowiadają o śmierdzącym dymie, o dziwnych oparzeniach. Fatalna sytuacja jest też w Zabadani przy libańskiej granicy, gdzie od tygodni trwa regularne oblężenie i ludzie pozbawieni są praktycznie wszystkiego.
Czerwony Krzyż od kilku dni bezskutecznie próbuje wynegocjować z reżimem choćby najkrótsze zawieszenie broni, żeby dostarczyć leki i krew, ewakuować rannych. Nie wiem, czy gdzieś jeszcze w XXI w. jest reżim, który trzeba błagać, żeby pozwolił dostarczyć swoim obywatelom krew.
Kilka dni temu w Homs zginęła dwójka znanych zachodnich dziennikarzy Marie Colvin i Remi Ochlik. Od tego czasu liczba artykułów o Syrii w światowych mediach gwałtownie wzrosła. - Chociaż oczywiście bardzo ubolewamy, że zginęli, ich śmierć paradoksalnie może nam pomóc. Może wreszcie świat otworzy oczy na masakrę, jaka każdego dnia dokonuje się w Homs, bo tak jak siły reżimu z premedytacją strzelały do uciekających Marie i Remiego, tak samo każdego dnia strzelają do syryjskich cywilów. Tak właśnie działa Asad - z zimną krwią bombarduje dziennikarzy, kobiety,
dzieci. Jest gotów na największe okrucieństwo, byle utrzymać władzę.
Uda mu się? - Maksymalnie jeszcze kilka miesięcy. Po pierwsze, kończą mu się pieniądze, coraz boleśniej odczuwa zachodnie i arabskie sankcje. Po drugie, żołnierze mają dosyć strzelania do cywilów, poza tym zwyczajnie są zmęczeni, chcą wrócić do domu, a w dodatku są słabo opłacani. Kilka dni temu naraz zdezerterowało pięciuset, codziennie uciekają nowi.
Asad stracił też swój ulubiony argument, że kochają go duże miasta. Może na początku mieszkańcy Damaszku czy Aleppo bali się chaosu, jaki może przyjść po Asadzie, ale teraz widzą, że to on jest przyczyną tego chaosu. Dlatego od tygodni demonstrują studenci w Aleppo, w Damaszku demonstracje odbywają się już nie tylko na przedmieściach - od kilku dni demonstruje Mezze, bogata dzielnica klasy średniej. Mamy też nieoficjalne informacje, że coraz więcej wysokiej rangi urzędników reżimu próbuje organizować sobie wyjazd z kraju. Asad jest coraz bardziej samotny w swoim pałacu.
Dzisiaj w Tunisie obradują "przyjaciele Syrii", próbują znaleźć dyplomatyczne rozwiązanie syryjskiego kryzysu. Wymyślą coś mądrego? - Niech wymyślą cokolwiek. Oczywiście nie liczymy na zbrojną interwencję, ale niech wyjdą chociaż trochę poza nic niewnoszące oświadczenia potępiające reżim. Niech zorganizują korytarze z pomocą humanitarną, przyślą "błękitne hełmy", misję Ligi Państw Arabskich.