W naszym cywilizowanym, poukładanym świecie umieramy najczęściej po wytężonych staraniach, żeby życie ratować. Po kilku latach walki z chorobą. Po dwudziestu konsyliach lekarzy, którzy obmyślają metody walki z chorobą. Po czterdziestu wizytach krewnych i znajomych w szpitalu. Wydaje nam się, że umierający człowiek musi być kimś niesłychanie ważnym, skoro tylu ludzi dookoła walczy o niego do samego końca.
Śmierć na wojnie jest dla odmiany przerażająco banalna. Jeszcze kilka minut wcześniej człowiek coś mówił, śmiał się, ruszał, ale nadlatuje bomba i już za chwilkę go nie ma. Ta banalność nagłej śmierci oglądanej z bliska zawsze szokuje.
Takiego szoku doznali widzowie programu Andersona Coopera w telewizji CNN, kiedy trzy dni temu zobaczyli śmierć dwuletniego chłopca w zbuntowanym Homs, syryjskim mieście oblężonym przez wojska rządowe.
Chłopczyk umiera po cichutku. Leży na stole, w jakimś mieszkaniu prowizorycznie przerobionym na szpital. Jest prawie nagi, tylko w pieluszce. Na początku rozpacza nad nim starsza
kobieta, pielęgniarka tego szpitaliku, która z przerażeniem konstatuje, że jest to jej wnuczek. Ale żadne krzyki nie pomogą, lekarz powiedział właśnie, że nie ma żadnych szans, można tylko czekać na śmierć. Jego brzuszek podnosi się i opada, coraz ciężej, bo rannemu w klatkę piersiową dziecku coraz trudniej oddychać. A potem chłopczyk wreszcie nieruchomieje. Zapłakany ojciec delikatnie głaszcze go po głowie i pyta: "Co mój synek zrobił komukolwiek, że musiał umrzeć?".
- Moje serce pękło - mówi amerykańska reporterka Marie Colvin, która była w tym pokoju, gdzie umarł Adnan, i potem rozmawiała przez telefon satelitarny z Cooperem.
- Ktoś powie, że nie powinniśmy pokazywać tego nagrania, że to zbyt wiele. Dlaczego twoim zdaniem ważne jest, żeby je zobaczyć? - pyta dziennikarz CNN.
- Jestem głęboko przekonana, że to trzeba pokazać widowni, która nigdy nie widziała konfliktu z bliska. Tak właśnie to wygląda. 28 tys. cywilów, mężczyzn, kobiet i
dzieci, które chowają się przed bombami, ale są bezsilni - odpowiada Colvin.
Tak wygląda wojna i dobrze, żeby wszyscy zobaczyli ją na własne oczy. To nie był przypadek, na wojnie nie ma mowy o przypadku. Ktoś wystrzelił bombę w nadziei, że ona kogoś zabije. Tutaj mordercą jest wychowany na Zachodzie lekarz okulista o dobrych manierach, jak często mówiono do niedawna o prezydencie Syrii Baszarze al-Asadzie. On posyła żołnierzy, żeby zabijali buntowników. Ale kilka lat temu, w Iraku, zabijały również amerykańskie bomby. Warto, żeby Amerykanie i w ogóle wszyscy żyjący na Zachodzie zdawali sobie sprawę, z czym wiąże się posyłanie żołnierzy na wojnę do Iraku czy Afganistanu.
Widzowie CNN już wiedzą. Kiedy zasypiali tamtego wieczoru, większość zapewne myślała o chłopczyku z Homs, a kiedy się obudzili, dowiedzieli się, że dziennikarka, która o nim opowiadała, też nie żyje. Colvin zginęła w wybuchu bomby, która spadła na prowizoryczne centrum prasowe. Była jednym z ostatnich zachodnich dziennikarzy w oblężonym mieście.
Relacjonowała prawie wszystkie wojny w ostatnim ćwierćwieczu. Na Sri Lance straciła w wybuchu oko, dlatego w światku reporterów wojennych była postacią charakterystyczną - z czarną opaską, jak pirat. Pamiętam ją z zeszłego roku z Libii. Zapewne to ona wysłała do CNN nagranie umierającego dziecka, bo miasto jest odcięte od świata i tylko dziennikarze wyposażeni w telefony satelitarne mogą przekazywać relacje na zewnątrz.
Bomba, która zabiła Colvin, zabiła też francuskiego
fotoreportera Remiego Ohclika i raniła jego rodaczkę, dziennikarkę Edith Bouvier. Następnego dnia nadano jej dramatyczny apel nagrany na
wideo: "Jestem w ciężkim stanie, zróbcie zawieszenie broni, niech ktoś przyśle po mnie samolot".
Zapewne na jej miejscu apelowałbym podobnie, choć taki apel jest oczywiście aktem zdrady. Reporter wojenny niby jest z cierpiącymi prześladowania, solidaryzuje się z nimi, czasami się z nimi przyjaźni, ale to fałszywa przyjaźń. W kryzysowej chwili okazuje się, że należy do innego świata, obowiązują go inne reguły. Wysłanie samolotu po Bouvier wydaje się całkiem realne i prawdopodobne. Nikt nigdy nie robiłby takich ceregieli dla syryjskiego chłopca.
Marie Colvin miała pecha, że zginęła, i szczęście, że nie zdradziła. Została z malutkim Adnanem do końca.
Zobacz nagranie
przedstawiające śmierć dziecka w syryjskim Homs