Pojawienie się premiera i faworyta wyborów prezydenckich z 4 marca na czwartkowym wiecu było sensacją. Po tym, jak został w listopadzie wygwizdany w stołecznej hali sportowej Olimpijski, Putin unikał spotkań z publicznością. W czasie kampanii wyborczej tylko raz pojawił się na wiecu w fabryce w syberyjskim Kemerowie, gdzie organizatorzy starannie dobrali mu publiczność.
Wprawdzie rzecznik Putina Dmitrij Pieskow zapowiadał, że pojawienie się jego szefa na Łużnikach jest "wielce prawdopodobne", ale ludzie nie wierzyli, że zobaczą premiera. I dlatego wielu z nich, przybyłych na manifestację na polecenie przełożonych, odhaczało się na listach obecności i od razu rejterowało.
Przez to o mało co nie spóźniłem się na przemarsz bulwarem Frunzeńskim w kierunku Łużników, który poprzedził sam wiec. Straciłem sporo czasu, zanim zorientowałem się, że rzeka ludzi ze zwiniętymi flagami i transparentami płynie nie w kierunku miejsca zbiórki, lecz z powrotem.
- Zapisali nas i starczy. Idziemy do domu. Świętować! - wyjaśnili mi chłopcy, którzy pokazali mi, gdzie ludzie zbierali się na marsz. A zanim odeszli, złożyli mi jeszcze życzenia. Bo w czwartek było przecież jedno z najbardziej ulubionych przez Rosjan świąt, Dzień Obrońcy Ojczyzny, uważany tu po prostu za dzień wszystkich mężczyzn.
Po Frunzeńskim do Łużników przemaszerowało, jak twierdzi
policja, 30 tys. ludzi, zamiast zapowiadanych przez organizatorów 40 tys. Szli grupami pod okiem szefów pracownicy firm komunalnych, miejskich firm transportowych, szkół, dzielnicowych administracji. Na pytania odpowiadali niechętnie, ale zapewniali, że przyszli z własnej woli, bo chcą, by ich prezydentem był znowu Putin.
Na ogromnym, mieszczącym 78 tys. widzów stadionie, czekali na uczestników marszu ludzie przywiezieni tam z 80 regionów Rosji. Pod stadionem spotkałem grupę umundurowanych kozaków, jak mnie zapewnił jeden z nich, z dalekowschodniego Ussuryjska.
Policja twierdzi, że wiec zgromadził 130 tys. zwolenników Putina. Ale to spora przesada. Trybuny stadionu nie były pełne, na jego płycie zebrało się najwyżej 8 tys. manifestantów. Według organizatorów wokół stadionu było jeszcze ok. 30 tys. ludzi.
Po rozpoczęciu wiecu ludzie nieprzerwanym strumieniem ze stadionu wychodzili. I kiedy 40 minut później scenie pojawił się Putin, spora część trybun była już pusta.
Zaskoczona publiczność przyjęła premiera z entuzjazmem. A on, przywitawszy się i zapomniawszy złożyć życzenia zgromadzonym mężczyznom, od razu rozpoczął przemówienie. Bardzo agresywne, poświęcone zagrożeniom, przed którymi stoi dziś Rosja.
- Jesteśmy gotowi nie tylko pracować dla ojczyzny, ale i bronić jej. Nie pozwolimy, by ktokolwiek ingerował w nasze wewnętrzne sprawy, narzucał nam swoją wolę, bo mamy swoją wolę. Ona zawsze pomagała nam zwyciężać. Jesteśmy narodem zwycięzcą. Mamy to w genach. I teraz też zwyciężymy! - zapewnił Putin, a tłum, powiewając flagami, odpowiedział mu głośno: - Taaak!
Premier zwrócił się też do tych, którzy go nie popierają, zarzucając im brak patriotyzmu: - Prosimy nie spoglądać za granicę [Putin użył słowa "bugor" wywodzącego się z języka kryminalistów, a nie cywilizowanego "granica"], nie zdradzać swojej ojczyzny, a być razem z nami, pracować na jej rzecz, na rzecz jej narodu i kochać ją, jak my, z całego serca. I zapytam was, kochamy ojczyznę?
A stadion odpowiedział mu jeszcze głośniejszym: - Taaak!
Premier przypomniał, że w tym roku przypada 200. rocznica wojny Rosji z Napoleonem, a nawet z pamięci wyrecytował fragment znanego patriotycznego wiersza Michaiła Lermontowa "Borodino". I zakończył przemówienie bojową frazą zapożyczoną od premiera ZSRR Wiaczesława Mołotowa wzywającego w czerwcu 1941 r. do walki z Niemcami: - Bitwa o Rosję trwa! Zwycięstwo będzie nasze!
Taka retoryka podoba się Rosjanom przekonywanym stale przez oficjalną propagandę, że na ich kraj czyha wrogi Zachód i liberalna opozycja. - Zuch Putin! Tak trzeba Zachodowi i wam, Polakom, ch...m Słowianom. I naszym pomarańczowym zaprzańcom - chwalił premiera kozak z Ussuryjska.