- Nie zadaję pytań. Jeśli chce pani przerwania ciąży, to jasne, że chce pani przerwania ciąży - tak odpowiedziała dr Prabha Sivaraman, ginekolog z kliniki Pall Mall Medical w Manchesterze pewnej Brytyjce, która poprosiła o aborcję, tłumacząc, że zdecydowali z partnerem, że "nie może urodzić dziewczynki". Sivaraman wyliczyła koszt zabiegu na 200-300 funtów niezależnie od 500 funtów policzonych już za konsultacje. Następnie wyznaczyła datę aborcji, choć
kobieta drugi raz powtórzyła, iż chce się pozbyć płodu z powodu jego płci, czego zabrania brytyjskie prawo dopuszczające aborcję z 1967 r.
Rozmowa dr Sivaraman z ciężarną Brytyjką została sfilmowana ukrytą kamerą przez działającego pod przykrywką dziennikarza "Daily Telegraph". Gazeta miała bowiem wcześniej sygnały o przypadkach łamania aborcyjnego prawa i postanowiła przyłapać lekarzy na gorącym uczynku. Wysłała reporterów wraz z ciężarnymi kobietami do dziewięciu klinik aborcyjnych w różnych częściach Wielkiej Brytanii. W trzech z nich lekarze, nie wiedząc, z kim tak naprawdę mają do czynienia, zgodzili się na nielegalną aborcję, naciągając jej klasyfikację.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Już w czwartek, w dniu publikacji tekstu i filmu na portalu "Daily Telegraph", minister zdrowia Andrew Lansley zapowiedział, że w tej sprawie zostanie wszczęte śledztwo, a wobec placówek winnych łamania prawa będą wyciągnięte konsekwencje. - Takie aborcje są nielegalne i moralnie złe - mówił Lansley.
Po artykule w "Daily Telegraph" do szturmu przystąpiły brytyjskie organizacje pro life. - To dziennikarskie śledztwo potwierdza fakt istnienia eugeniki w nowoczesnej medycynie brytyjskiej. Pewne niewinne istoty ludzkie uważa się za zbyt niewygodne, by pozwolić im żyć - tłumaczył z kolei w BBC Anthony Ozimic z brytyjskiego Towarzystwa Ochrony Dzieci Nienarodzonych (SPUC). Jego zdaniem dzieje się tak dlatego, że na Wyspach jest zbyt łatwy dostęp do aborcji: - Rząd powinien zerwać związki z prywatnymi klinikami aborcyjnymi i organizacjami promującymi planowanie rodziny.
Tzw. aborcja selektywna jest powszechna w Indiach czy Chinach, gdzie kobiety masowo pozbywają się ciąży, jeśli mają urodzić dziewczynki. Choć jest zabroniona niemal we wszystkich krajach Zachodu, dopuszczana jest np. w Szwecji. Staje się też coraz większym problemem w Albanii czy krajach byłego ZSRR. To m.in. dlatego Rada Europy poprosiła swe państwa członkowskie (do organizacji tej należą wszystkie kraje UE, a także
Rosja), by zakazać rodzicom ujawniania płci dziecka przed jego narodzeniem.
Brytyjskie prawo aborcyjne obowiązuje od ponad 40 lat i uchodzi za najbardziej liberalne w Europie. Zezwala na aborcję do 24. tygodnia ciąży, jeśli dwóch lekarzy oświadczy zgodnie, iż zabieg w mniejszym stopniu wpłynie na zdrowie psychiczne bądź fizyczne kobiety niż kontynuowanie ciąży. Większość aborcji dokonywanych jest przed 13. tygodniem życia płodu.
Bezpłatna aborcja jest dostępna po skierowaniu z NHS (odpowiednik
NFZ). Można też poddać się zabiegowi w lepszych warunkach w prywatnych klinikach czy szpitalach, ale wówczas trzeba za to w sumie zapłacić minimum 500 funtów.
W 1969 r. w pierwszym roku legalizacji aborcji w Wielkiej Brytanii odnotowano 55 tys. zarejestrowanych zabiegów przerwania ciąży. W 2007 r. było to już 216 tys. Potem liczba zabiegów przerywania ciąży zaczęła spadać. Ostatnie dostępne statystyki mówią, że w 2010 r. było ich nieco ponad 189 tys.
Do niedawna największym problemem był wysoki odsetek aborcji wśród dziewcząt poniżej 18. roku, ale w 2010 r. i on zaczął spadać. Eksperci tłumaczą, że dzieje się tak z powodu szeroko zakrojonej akcji informacyjnej (lekarze mogą udzielać porad w sprawie zapobiegania ciąży nastolatkom nawet poniżej 16. roku życia) i powszechnie dostępnej antykoncepcji.