http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wybory w USA. Republikanie mają dość

Mariusz Zawadzki
2012-02-24, ostatnia aktualizacja 2012-02-23 20:53

Dwudziestą debatą kandydatów prawicy skończył się zapewne długi serial, który amerykańscy telewidzowie oglądali od maja zeszłego roku. A serial ten zupełnie odmienił kampanię wyborczą.

Od lewej: Ron Paul, Mitt Romney, Rick Santorum i Newt Gingrich podczas przerwy
we wczorajszej debacie prezydenckiej w Mesa w Arizonie
Fot. Jae C. Hong AP
Od lewej: Ron Paul, Mitt Romney, Rick Santorum i Newt Gingrich podczas...
Bohaterowie serialu są zmęczeni. Na początku marca, przed superwtorkiem, kiedy prawybory republikańskie odbędą się w ośmiu stanach, planowano następną debatę. Ale trzej kandydaci - multimilioner i były gubernator Mitt Romney, były senator Rick Santorum i kongresmen Ron Paul - ogłosili, że nie zamierzają wziąć w niej udziału. W tej sytuacji ostatni z kandydatów, były przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich, nie będzie miał z kim rozmawiać, choć on akurat pali się do debatowania.

Zmęczeni są też widzowie. Debaty odbywały się na różnych kanałach, przyciągały w porywach do ośmiu milionów telewidzów, ale po kilkunastu kandydaci głównie powtarzali w kółko to, co mówili już wcześniej. Odkąd zabrakło gubernatora Teksasu Ricka Perry'ego, który zabawiał widzów koszmarnymi gafami, debaty przestały być zabawne. Do telewizyjnej legendy przejdzie wypowiedź Perry'ego o tym, że trzeba zlikwidować trzy departamenty w Waszyngtonie (bo biurokracja tylko wysysa pieniądze podatników i jest nieskuteczna). - Jak tylko zostanę prezydentem, zlikwiduję po pierwsze, po drugie, a po trzecie... - i tutaj kandydat wpadł w minutowy namysł, bowiem zapomniał, co chciałby zlikwidować na trzecim miejscu. - Nie mogę sobie przypomnieć. Uuups - zakończył, wzruszając ramionami, a razem z tą pamiętną chwilą niepamięci skończyły się jego szanse na prezydenturę.

Najbardziej interesujący był, nawet do samego końca, kongresmen Paul, który nie ma szans na prezydenturę, ale ma bardzo oryginalne poglądy. Góruje też nad rywalami, jeśli chodzi o refleks, błyskotliwość i poczucie humoru - choć ma już 76 lat. W kwestiach gospodarczych jest skrajnym konserwatystą: chce przywrócić gwarancje w złocie dla dolara i zmniejszyć deficyt w pierwszym roku prezydentury o bilion dolarów. Jako libertarianin wzywał do legalizacji narkotyków, ponieważ zakazy tylko dają mafiom monopol, i po 30 latach, miliardach wydanych dolarów i milionach ludzi wtrąconych do więzień narkotyki można kupić łatwiej i taniej niż na początku wojny z narkotykami. W polityce zagranicznej Paul jest jeszcze większym, jak na Amerykę, dziwakiem: uważa, że należy pozamykać setki baz USA na całym świecie i zakończyć wszelkie wojny, bo Ameryki nie stać na bycie żandarmem całego świata.

Stopniowo Paul przyjął w debatach dodatkową rolę - pomocnika faworyzowanego Romneya. Zaczął bezlitośnie ośmieszać Santoruma, który jako jedyny może jeszcze zagrozić faworytowi. Przyjaźń Paula i Romneya jest już powszechnie opisywana, kandydaci nie starają się jej ukrywać. Również w środę Paul wystąpił jako człowiek Romneya od mokrej roboty. Prowadzący John King zapytał Paula: - Twierdzi pan, że senator Santorum jest fałszywym konserwatystą. Dlaczego? - Bo jest fałszywy! - odparł Paul, wywołując salwy śmiechu na sali.

Dwudziesta, środowa, debata była najważniejsza dla Santoruma, który niespodziewanie wygrał ostatnią rundę prawyborów w trzech stanach środkowej Ameryki, i musiał udowodnić, że faktycznie jest alternatywą dla Romneya. Ale nie udowodnił. Paul i Romney z dwóch stron przypominali, że Santorum w przeszłości głosował za zwiększaniem deficytu, co dla prawdziwego konserwatysty jest ciężkim grzechem. Santorum bronił się, wyjaśniając skomplikowane procedury w Kongresie tak dokładnie, że w pewnym momencie Romney powiedział: - Nie byłem w stanie nadążyć za tym wszystkim, co mówił senator...

To również wywołało wesołość.

Największym beneficjentem dwudziestoodcinkowego serialu był Gingrich, który w grudniu, po kilku udanych debatach, tak wysoko prowadził w sondażach, że już ogłosił, iż zdobędzie nominację Republikanów. Co ciekawe, Gingrich wyszedł na prowadzenie zupełnie bez pieniędzy, co kiedyś nie byłoby możliwe. Debaty były darmowym czasem reklamowym kandydatów, do pewnego stopnia wyrównywały szanse. Ale potem Romney wyłożył kilkanaście milionów dolarów na negatywne reklamy, żeby zniszczyć Gingricha w kluczowych prawyborach na Florydzie. I od tamtego czasu Gingrich się już nie podniósł.

Wybory prezydenckie odbędą się w listopadzie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 2
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':