- Na razie tolerujemy sankcje, którymi wy, Europejczycy, machacie nam przed nosem. Ale jeśli przekroczycie czerwoną linię, odpowiemy brutalnie - zapowiedział. Prezydent od dawna powtarza, że krytyka Białorusi jest całkowicie nieuzasadniona, a Zachód po prostu go nie lubi.
Kolejną antyeuropejską tyradę Łukaszenka wygłosił w środę podczas ceremonii przyjmowania listów uwierzytelniających od ambasadorów m.in. Norwegii, Luksemburga, San-Marino, Chin oraz Izraela. - Mamy z Unią wspólne granice, przez które przejeżdżają transporty waszych towarów. Odkąd jestem prezydentem, nie miałem na to żadnych skarg. Czego jeszcze chcecie? - pytał Łukaszenka.
Sankcje, o których mówił zostały nałożone na
Białoruś po brutalnym rozprawieniu się w grudniu 2010 r. z opozycją, która protestowała przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. Po wieczorze wyborczym służby specjalne spacyfikowały demonstrantów i wtrąciły do więzień ponad 800 osób, w tym 8 kandydatów na prezydenta. W ciągu kilkunastu dni większość z nich została zwolniona, ale ponad 40 liderów opozycji w skazano za rzekomy udział w zamieszkach na kilka lat więzienia.
Chociaż latem 2011 r. Łukaszenka ułaskawił większość skazańców, w więzieniach nadal przebywa ośmiu najważniejszych opozycjonistów, m.in. dwaj kandydaci na prezydenta Andrej Sannikau i Mikoła Statkiewicz. Domagając się ich uwolnienia
Unia Europejska poszerzyła sankcje wizowe wobec najważniejszych przedstawicieli reżimu. Od kilku tygodni państwowe media nieustannie atakują Zachód zarzucając mu wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Białorusi oraz finansowanie radykalnej opozycji.
Według białoruskich niezależnych komentatorów wczorajsze słowa Łukaszenki to właśnie kontynuacja twardej antyzachodniej retoryki. - Przed wyborami prezydenckimi Łukaszenka stosował taktykę podwójnego szantażu. Ostrzegał Zachód, że jeśli ten zadziała zbyt ostro, Białoruś zwróci się do Rosji. A od Kremla domagał się pomocy gospodarczej grożąc, że zwróci się do Zachodu. Wtedy to przynosiło efekty - mówi "Gazecie" Anatol Labiedźka, lider opozycyjnej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej. - Tyle że teraz ta metoda już nie działa, więc Łukaszenka rzuca pod adresem Zachodu coraz mocniejsze groźby - tłumaczy Labiedźka.
Politolog Aleś Lahviniec z kolei twierdzi, że Łukaszenka jest zbyt słaby, żeby wywierać na Zachód rzeczywistą presję. - Może utrudnić życie zachodnim dyplomatom, może pokazowo ukarać niektóre europejskie firmy działające w kraju albo jeszcze docisnąć prozachodnią opozycję. Ale na tym jego możliwości się kończą - mówi "Gazecie" Lahviniec.