http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Asad zabija Homs

Marta Urzędowska
2012-02-23, ostatnia aktualizacja 2012-02-22 21:47

Syryjski członek opozycji
Syryjski członek opozycji
Fot. JAMAL SAIDI REUTERS

- Jeśli nie zginiemy od bomb, to niedługo umrzemy z głodu. Niech choćby sam diabeł uratuje nas przed Asadem! - błagają mieszkańcy syryjskiego miasta, w którym zginęły już 3 tys. osób. Od trzech tygodni Homs nieprzerwanie bombardują siły dyktatora

Remi Ochlik
Fot. Lucas Dolega AP
Remi Ochlik
Marie Colvin
Fot. Joel Ryan AP
Marie Colvin
SERWISY
- Od 18 dni nie mamy wody, prądu, niedługo zabraknie nam chleba i oliwy, już teraz wielu ludzi przymiera głodem - wylicza w rozmowie z telewizją Al-Dżazira Hadi al-Abdullah, mieszkaniec jednej z oblężonych dzielnic Baba Amru. - Wojsko jeździ od domu do domu, zabija i aresztuje kogo popadnie. Ludzie uciekają, ale kiedy chronią się w meczetach, one też są bombardowane.

Unoszący się nad miastem gęsty szary dym, straszące wszędzie szkielety budynków, opustoszałe ulice, walające się stosy śmieci, pozamykane sklepy, w których nie ma towarów, i te ciągle otwarte, do których nikt nie wchodzi, bo na okolicznych dachach rozmieszczani są snajperzy - tak wygląda dziś Homs.

Najgorzej jest w dzielnicach: Baba Amru, Chaldija i Karm az-Zajtun, gdzie ukrywa się kilkuset członków złożonej z dezerterów Syryjskiej Wolnej Armii walczącej z siłami prezydenta Baszara al-Asada.

- On jest zdeterminowany, żeby nas wykończyć. Świat chyba o nas zapomniał, ale przyjmiemy każdą pomoc. Niech choćby sam diabeł uratuje nas przed Asadem! - błaga dziennikarzy agencji AFP Umar Szakir, inny mieszkaniec Baba Amru.

Miejscowi opowiadają, że ranni nie mają szans na pomoc, bo w szpitalach bezpieka tylko czeka, żeby ich aresztować i torturować. - Nie mam narzędzi, materiałów opatrunkowych, jestem bezużyteczny - rozpacza nad człowiekiem z brzuchem przebitym pociskiem chirurg Abu Hamza, który odszedł z państwowego szpitala, by leczyć rannych w prywatnych domach. - Nie mogę pomóc jemu ani innym. Zamiast leczyć, lepiej pójdę walczyć - mówi brytyjskiemu "Guardianowi".

Syryjski dyktator od roku bezlitośnie tłumi protesty rodaków, którzy już w marcu 2011 r. na fali arabskiej wiosny wyszli na ulice, żądając demokracji. Według ONZ i opozycji w starciach z siłami bezpieczeństwa zginęło już blisko 8 tys. osób, w tym w samym Homs aż 3 tys.

Mieszkańcy boją się zostać w oblężonych dzielnicach, więc przenoszą się bliżej centrum, gdzie gnieżdżą się po kilkadziesiąt osób w mieszkaniu. - Jest nas 25 osób w dwóch niedużych pokojach, kończy nam się jedzenie, zbieramy deszczówkę do garnków i słoików - opowiada Reutersowi mieszkaniec Baba Amru Abu Bakr. - Są z nami kobiety krótko po porodzie, które ze strachu straciły pokarm, a kupienie jedzenia dla dzieci graniczy tutaj z cudem.

Dyplomatyczne wysiłki, żeby zmusić Asada do zaprzestania rozlewu krwi i odejścia, skończyły się fiaskiem. Na początku lutego Rosja i Chiny, które robią z Damaszkiem wielomiliardowe interesy, zawetowały w Radzie Bezpieczeństwa ONZ rezolucję wzywającą Asada do ustąpienia i stworzenia rządu jedności narodowej.

Moskwa i Pekin kategorycznie nie zgadzają się też na jakąkolwiek pomoc dla powstańców, a szczególnie na interwencję zbrojną podobną do tej w Libii. Nie chce jej też Zachód, bo w tym zapalnym regionie świata mogłoby to wywołać kolejną długoletnią wojnę. Także dla sąsiadów, takich jak Izrael czy Irak, krwawe status quo jest lepsze niż międzynarodowy konflikt. Nikt oficjalnie nie chce również dozbrajać powstańców, bo doświadczenie z Libii pokazuje, że po pokonaniu reżimu broń pozostaje w rękach wielu kryminalnych grup.

Śmierć dziennikarzy
W środę w Baba Amru w Homs zginęła dwójka znanych zachodnich dziennikarzy - Amerykanka Marie Colvin i Francuz Remi Ochlik. Próbowali uciekać z bombardowanego polowego centrum prasowego, ale zostali ostrzelani. 55-letnia Colvin, korespondentka brytyjskiego "Sunday Timesa", opisywała wcześniej konflikty w krajach arabskich, Kosowie czy Czeczenii. "Nie rozumiem, dlaczego świat nic nie robi tutaj, w Syrii" - pisała na Facebooku w noc przed śmiercią.

28-letni Ochlik uznawany był za jednego z najbardziej utalentowanych fotografów swojego pokolenia. Był w Kongu, na Haiti, podczas rewolucji w Tunezji czy Egipcie. Za zdjęcie rebelianta z Libii dostał pierwszą nagrodę w tegorocznym konkursie World Press Photo.

Dzień wcześniej zginął znany miejscowy dziennikarz i opozycjonista Rami as-Said, który zamontował kamerę na żywo pokazującą w internecie to, co się dzieje w Homs. Korzystały z tego media na całym świecie.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 1
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':