Pogłoski o nawrocie raka u Chaveza narastały od kilku dni. Prezydent pojechał potajemnie do Hawany na kontrolę, gdzie lekarze, którzy w ubiegłym roku operowali go dwukrotnie i wycięli dużego guza, wykryli nowego w tym samym miejscu.
Kiedy w poniedziałek wiadomość jako pierwszy podał dziennikarz Nelson Bocaranda, propagandyści Chaveza w państwowych mediach rzucili się na niego z obelgami i zaprzeczeniami. - Ja też się jadę operować na Kubę. Bo umieram. Ze śmiechu! - oświadczył wiceminister spraw zagranicznych.
Ale we wtorek sam Chavez zadzwonił do państwowej telewizji. - Mam nowy defekt, który wykryli kubańscy lekarze - obwieścił, starannie unikając słowa "guz". - Będę się musiał operować. Jest bardzo prawdopodobne, że to defekt złośliwy. Będę musiał zwolnić tempo
pracy. Nie będę mógł tak pracować jak w ostatnich miesiącach. Ale niech nikt nie rozpacza ani się nie cieszy. Nasza rewolucja toczy się swoim napędem i nikt nie zdoła jej zatrzymać - mobilizował swoich zwolenników i groził przeciwnikom.
Chavez poleci do Hawany zapewne w weekend. Kiedy wróci, nikt nie wie. W czerwcu ub.r. Chavez przeszedł na Kubie dwie operacje, potem w wyniku chemioterapii stracił włosy, ale w październiku ogłosił, że jest całkowicie wyleczony i wrócił do pracy. Wznowił nawet wielogodzinne występy telewizyjne, które muszą transmitować wszystkie państwowe kanały.
Nawrót raka to nie tylko osobisty dramat wenezuelskiego prezydenta rządzącego krajem autorytarnie od 13 lat. To groźba krachu całego reżimu zbudowanego na bezwzględnym posłuszeństwie wodzowi. W październiku odbędą się wybory prezydenckie i nie wiadomo, czy Chavez starający się już o trzecią sześcioletnią reelekcję będzie w stanie w nich wystartować. A następców nie tylko nie ma, ale wszelkie próby planowania sukcesji po sobie odrzuca jako knowania wrogów i zdradę.
Niedawno minister obrony Wenezueli gen. Henry Rangel Silva groził publicznie, że generałowie nie będą się przyglądać obojętnie, gdyby przeciwnicy Chaveza mieli sięgnąć po władzę w wyborach. Wielu wojskowych czuje się zagrożonych, bo przez wiele lat współpracowali z kolumbijską narkopartyzantką FARC i zarabiali na szmuglu kolumbijskiej kokainy przez Wenezuelę.
Od dwóch tygodni Chavez ma też poważnego przeciwnika. To Henrique Capriles Radonski, gubernator stanu Miranda i potomek polskich Żydów. Został kandydatem opozycji, która po raz pierwszy zjednoczyła się przeciw Chavezowi i zdołała zorganizować prawybory. 39-letni Capriles został wyłoniony przez większość ponad 60 proc. głosów, a w prawyborach opozycyjnych głosowało ponad 3 mln Wenezuelczyków.
Chavez i jego poplecznicy wpadli w szał. Na jednym z niedawnych wieców prezydent napadł na Caprilesa. Obrzucał go obelgami: "pętak", "agent jankeski", "cuchnący wieprz", chociaż ani razu nie wymienił jego nazwiska. - Te obelgi mnie nie zaskakują, ale i mnie nie dotyczą - oświadczył Capriles. - Wyzwiska to zwykła broń starego boksera na ostatnich nogach, który szuka desperacko sposobu, żeby powalić młodszego i szybszego przeciwnika.
- Między nami jest 18 lat różnicy i dzieli nas wszystko - zapowiada Capriles. - On jest przedstawicielem zacofanej, reakcyjnej lewicy, która zabiera, wywłaszcza i buduje wszechmocne Państwo. Ja wskazuję drogę postępu, gdzie Państwo pomaga i gdzie jest przestrzeń dla inicjatywy prywatnej - mówił.
Na razie w sondażach Chavez ma nieznaczną przewagę nad Caprilesem, ale ponad jedna trzecia Wenezuelczyków nie wie, na kogo zagłosuje w październiku. Prezydent właśnie ogłosił nowy program rozdawnictwa pieniędzy z
budżetu państwa na cele społeczne. Jest to o tyle łatwe, że prezydent osobiście administruje całym rocznym dochodem państwowego monopolu naftowego PDVSA. Dochody monopolu stanowią 95 proc. wpływów Wenezueli z eksportu.