- Źle się czuję, przed oczyma mam czarne plamy, ciężko mi mówić - tak swój stan opisywał sędziemu sam Siarhiej Kawalenka. W styczniu 2010 r. wywiesił na stojącej w centrum Witebska bożonarodzeniowej choince zakazaną przez Aleksandra Łukaszenkę historyczną biało-czerwono-białą flagę Białorusi. Sąd uznał to za chuligaństwo i wlepił mu trzy lata więzienia w zawieszeniu. Ale w grudniu zeszłego roku trafił za kraty. Wystarczyło, że jedną minutę spóźnił na komisariat milicji, na którym miał się regularnie meldować, by reżim uznał, że narusza wykonanie warunków kary i 19 grudnia go aresztował.
Odtąd Kawalenka prowadzi w celi strajk głodowy i domaga się uwolnienia. Przez trzy tygodnie siłą karmili go strażnicy. Od pięciu dni nie pije. Jednak na razie nic nie świadczy o tym, że białoruskie władze pójdą w tej sprawie na jakiekolwiek ustępstwa.
Gdy wczoraj sędzia Alena Żuk odczytała orzeczenie lekarzy, którzy uznali, że stan zdrowia Kawalenki pozwala go sądzić, jego żona Alena Kawalenka rozwinęła transparent z napisem: "Wolność dla Białorusina Siarhieja Kawalenki". Sędzia natychmiast wezwała specnaz i kazała aresztować kobietę. Jednak w jej obronie stanęli koledzy Kawalenki. Doszło do przepychanek. Proces przerwano, a sędzia zabroniła wpuszczać na salę krewnych Kawalenki. Wtedy oskarżony ustanowił swojego brata Witala swoim obrońcą. Sędzia jednak odmówiła.
Proces odroczono do 23 lutego.
- Stan Siarhieja jest krytyczny. Schudł o jedną trzecią. Boje się, że umrze - mówiła dziennikarzom jego żona.
O przerwanie strajku głodowego do Kawalenki zwróciło się Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna" oraz przywódca opozycyjnej Konserwatywno-Chrześcijańskiej Partii BNF Zianon Paźniak.
Źródło: Gazeta Wyborcza