"Nowy prezydent nowego Jemenu" - głosi wielki napis w centrum stołecznej Sany, na placu Zmiany, gdzie w ubiegłym roku tysiące Jemeńczyków protestowało przeciwko ponad 30-letnim rządom Alego Abd Allaha Salaha. - Dzisiaj tworzymy nowy Jemen, budujemy szczęśliwy demokratyczny kraj, o jakim zawsze marzyliśmy - cieszyła się w BBC Tawakkul Karman, jemeńska laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 2011 r.
Teoretycznie Jemeńczycy powinni pękać z dumy. Wtorkowe wybory prezydenckie w ich kraju zachodnie media stawiają innym Arabom za wzór idealnego zakończenia arabskiej wiosny - rewolucji, które od 2010 r. przetaczają się przez Bliski Wschód, zmiatając kolejnych dyktatorów.
Jednak faktycznie wtorkowe głosowanie niewiele ma wspólnego z demokracją - Jemeńczycy poszli do urn tylko po to, żeby zatwierdzić kandydaturę wiceprezydenta Abd ar-Rabbu Mansur al-Hadiego. Już w listopadzie 2011 r. w żmudnie wypracowanym porozumieniu z krajami Rady Współpracy Zatoki Perskiej Salah zgodził się oddać władzę Hadiemu, w zamian za immunitet dla siebie, rodziny i współpracowników. Były dyktator starannie zadbał o swoją bezkarność, bo nie uśmiechał mu się los innych obalonych w arabskiej wiośnie władców. Egipcjanin Hosni Mubarak trafił za kratki i jest sądzony m.in. za strzelanie do protestujących rodaków (grozi mu nawet kara śmierci), a libijski dyktator Muammar Kaddafi został zabity przez powstańców.
Właśnie immunitet Salaha zatruwa Jemeńczykom radość z ustąpienia satrapy. Uważają, że powinien odpowiedzieć za śmierć kilkuset osób zabitych przez służby bezpieczeństwa w czasie ubiegłorocznych zamieszek.
Wielu Jemeńczyków boi się też, że Hadi, który był wiceprezydentem przez 18 lat, całym sercem jest po stronie dawnego reżimu i najpewniej będzie tylko marionetką w rękach byłego dyktatora. Tym bardziej że synowie i bratankowie Salaha nadal kontrolują armię.
Dzień przed wyborami były prezydent życzył Hadiemu powodzenia, przyznając jednocześnie, że nie zamierza zupełnie wycofać się z polityki. "Żegnam się z władzą, ale pozostaję z wami jako obywatel lojalny wobec kraju i narodu - napisał w pożegnalnym oświadczeniu odczytanym w państwowej telewizji. - Będę wypełniał swoje obowiązki wobec Jemenu za pośrednictwem partii rządzącej".
Niezależny czy nie, nowy prezydent nie będzie miał łatwego zadania - przez najbliższe lata będzie rządził najbiedniejszym krajem arabskim, nadal pogrążonym w walkach między zwaśnionymi pro- i antyprezydenckimi plemionami. Wybory, które zatwierdziły jego prezydenturę, zbojkotowali szyiccy buntownicy z północy domagający się większych praw i rebelianci z południa, którym marzy się autonomia. W dodatku nowy władca musi zmierzyć się z Al-Kaidą, która od dawna miała chrapkę na Jemen, a teraz, wykorzystując porewolucyjny chaos, na dobre rozpanoszyła się na południu kraju.
Tuż po wybuchu jemeńskiej rewolucji światowi przywódcy ostrzegali, że z krajów objętych wiosną to Jemen jest najbardziej zagrożony rozpadem albo wojną domową. Tego argumentu chętnie używał też sam Salah, twierdząc, że jeśli tylko odda władzę, Jemen wpadnie w ręce terrorystów.
Źródło: Gazeta Wyborcza