Wzywają w nim do podjęcia natychmiastowych działań przeciw reżimowi w Syrii, w tym pomocy dla grup dezerterów walczących z siłami rządowymi. W sobotę republikańscy senatorowie John McCain i Lindsey Graham wprost stwierdzili, że rebeliantów należy dozbroić. - Są sposoby, aby otrzymali broń bez bezpośredniego zaangażowania
USA - powiedział McCain. - Irańczycy i Rosjanie wysyłają broń Asadowi. Masakrowani ludzie zasługują na prawo do obrony.
To wyraz bezsilności. Rosja i
Chiny blokują w Radzie Bezpieczeństwa ONZ projekty rezolucji jednoznacznie potępiające reżim Baszara al-Asada i nakładające nań sankcje. O interwencji w stylu libijskim nikt nie myśli - nawet nie tyle ze względu na brak poparcia stałych członków Rady, ile dlatego, że taka operacja byłaby od libijskiej znacznie kosztowniejsza i trudniejsza.
Tymczasem w Syrii nie ma dnia bez nowych ofiar. Organizacje praw człowieka szacują, że siły reżimu w ciągu roku rewolucji zabiły już ponad 7 tys. ludzi; rząd twierdzi, że stracił 2 tys. żołnierzy.
Po ostatnim rosyjsko-chińskim wecie sekretarz stanu
Hillary Clinton powiedziała, że USA będą dalej wspierać pokojowe plany opozycji syryjskiej. I dodała: "Wielu Syryjczyków atakowanych przez własny rząd zaczyna bronić się samodzielnie i trudno się im dziwić". Waszyngton nie chce wysyłać broni do Syrii - wolałby, żeby zrobiły to państwa regionu. 12 lutego Liga Arabska przyjęła rezolucję, w której wzywa państwa członkowskie do udzielenia syryjskiej opozycji "każdego rodzaju wsparcia politycznego i materialnego". Dyplomaci w kuluarach potwierdzali, że to zielone światło na dozbrojenie buntowników.
Syryjska Wolna Armia - licząca według różnych szacunków od 7 tys. do 40 tys. ludzi - już dostaje broń z zewnątrz, m.in. od irackich sunnitów. Czy zaangażowane są jakieś rządy - nie wiemy. Libijskich powstańców uzbrajał Katar, ale też, jak później wyszło na jaw,
Francja.
Wysyłanie broni do Syrii jest pomysłem bardziej kontrowersyjnym niż w przypadku Libii. - Niech ktoś mi wpierw jasno zidentyfikuje syryjski ruch opozycyjny - mówił w niedzielę w CNN gen. Martin Dempsey, przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA.
W przeciwieństwie do dawnej libijskiej opozycja syryjska jest rozdrobniona i niezorganizowana. Według Marca Lyncha, specjalisty od regionu z uniwersytetu George'a Waszyngtona, "Wolna Armia" to zbiór grupek dezerterów walczących na własny rachunek, do tego ze sobą skłóconych. "Bardzo mało wiemy o tym, kim opozycja jest, jakie ma aspiracje i powiązania... Komu zatem dawać broń? Przypuszczam, że zagraniczne potęgi będą zbroić swoich protegowanych" - pisze Lynch na
blogu w "Foreign Policy". I przestrzega, że dostęp do zagranicznego uzbrojenia wzmocni wybrańców i pogłębi podziały w ruchu opozycyjnym.
Amerykańscy zwolennicy zbrojenia buntowników liczą na osłabienie Iranu, uważanego przez konserwatystów za wroga numer jeden USA. Wzmocniona opozycja obali Asada i zaprowadzi nowy, przyjazny Ameryce reżim, co pogłębi izolację Teheranu.
To wątpliwy scenariusz. Asad ma prawie 300 tys. żołnierzy, którzy mogą z powodzeniem bronić go jeszcze długo nawet przed lepiej uzbrojonym wrogiem, a Iran i Rosja nadal będą dozbrajać Damaszek.
Uzbrojona opozycja oznacza eskalację konfliktu w wojnę domową. Im więcej przemocy, tym mniej prawdopodobne jest wynegocjowanie ugodowego przekazania władzy.
Naturalnie istnieje szansa, że wzmożenie działań partyzanckich skłoni kolejnych żołnierzy do dezercji i w końcu szala przechyli się na stronę opozycji. Ale upadek Asada to nie koniec. Podarowana powstańcom broń może służyć dalej, do walki o udział w nowym rządzie, a ten ostatecznie może być mniej przyjazny, niż wyobrażają to sobie dzisiaj potencjalni darczyńcy.
Smutna prawda jest taka, że w obecnym porządku międzynarodowym nie ma dobrej alternatywy wobec dalszego milczącego przyglądania się rzezi w Syrii.