"Operacja 21" - taki kryptonim od 21 grudnia 2011 r. ma jedna z priorytetowych dziś akcji w prowincji Ghazni, gdzie stacjonują polscy żołnierze. Tego dnia potężna mina-pułapka rozerwała w pobliżu miejscowości Rawza pojazd z pięcioma żołnierzami 20. Brygady Zmechanizowanej z Bartoszyc. Było to najtragiczniejsze wydarzenie w historii polskiego kontyngentu w Afganistanie.
Wywiad i kontrwywiad wojskowy dostał wyraźne wytyczne od
MON, premiera i prezydenta: jak najszybciej wyłapać albo zlikwidować sprawców śmierci Polaków. Także dlatego, że tym zamachem talibowie osiągnęli spory sukces propagandowy, który ogłaszali potem w meczetach, oraz przestraszyli część kolegów zabitych.
Dowództwo Operacyjne polskiej armii oficjalnie przyznało, że po 21 grudnia 25 żołnierzy złożyło podania o wcześniejsze odesłanie do kraju, zaznaczając przy tym, że podczas każdej półrocznej zmiany takie wnioski nie są rzadkością. Z naszych informacji wynika, że wniosków było więcej, ale część została wycofana. W większości o powrót do Polski starali się żołnierze pracujący w tzw. zespole ds. odbudowy prowincji, do którego należeli zabici.
W dodatku rodziny wielu z tych, którzy szykowali się do wyjazdu wiosną na kolejną zmianę polskiego kontyngentu, zaczęły naciskać na nich, by zrezygnowali z udziału w afgańskiej misji.
- Jakikolwiek sukces był więc konieczny. Od początku wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie. Chwilę po zabiciu naszych żołnierzy wielu mieszkańców Rawza wiwatowało na cześć talibów. Ludzie musieli wiedzieć o przygotowywanym zamachu, bo minę zakopano prawie pod ich oknami - mówi "Gazecie" oficer polskich służb specjalnych.
Kilka tygodni zabrało tym służbom namierzenie osób, które mogły mieć coś wspólnego z zamachem. Na początku stycznia na pakistańsko-afgańskiej granicy Amerykanie razem z afgańskimi siłami specjalnymi zatrzymali niejakiego Mashamuda, którego podejrzewali nawet o kierowanie zamachem w Ghazni.
- Do tej pory jest przesłuchiwany. Nie przyznaje się do zorganizowania akcji, ale sypie. Na podstawie przesłuchań wpadło już kilku jego kompanów - mówi ppłk Mirosław Ochyra z Dowództwa Operacyjnego. - Kiedy schwytana zostaje osoba powiązana z atakiem na naszych żołnierzy, to zawsze podnosi na duchu i umacnia morale wojska.
W samej Ghazni pierwsze zatrzymania zaczęły się w połowie stycznia. Akcje przeprowadzali polscy komandosi i oficerowie specsłużb. Podczas nich zginął prawdopodobny zastępca zleceniodawcy zamachu, potem wpadali komendanci różnych szczebli i szeregowi bojownicy.
W ostatni piątek razem ze swoim kompanem wpadł, "wsypany" przez Mashamuda, bezpośredni organizator zamachu na Polaków. To on zaplanował podłożenie i sposób detonacji ładunku. Mieszkał w Rawza, gdzie doszło do ataku. W poniedziałek nasi komandosi złapali zaś prawdziwą "grubą rybę" - Rahmatullaha, łącznika talibów z prowincji Ghazni z dowództwem rebelii ukrywającym się w Pakistanie.
Od dawna był on poszukiwany przez afgańskie służby specjalne. - Wiemy, że zajmował się m.in. dostarczaniem broni talibom w Ghazni - mówi nam oficer polskich służb specjalnych. - Prawdopodobnie zdążył już wrócić do prowincji po zimie spędzonej w Pakistanie i przygotowywał talibów do letniej ofensywy.
Jaką rolę odgrywał w zamachu z 21 grudnia, dopiero się okaże. Obecnie m.in. w tej sprawie przesłuchują go funkcjonariusze afgańskiej służby bezpieczeństwa NDS. Procedura jest bowiem taka, że pojmani talibowie przekazywani są Afgańczykom.
Działania Kontrwywiadu Wojskowego w Afganistanie docenił prezydent Bronisław Komorowski i we wtorek odznaczył 17 oficerów Krzyżami Zasługi. Nieoficjalnie wiemy, że nagrodzono ich m.in. za wyłapywanie sprawców zamachów na Polaków.
Od początku polskiej misji w 2007 r. zginęło 36 żołnierzy oraz cywilny ratownik medyczny. Najtragiczniejszy był 2011 r. - poległo aż 14 żołnierzy. Liczba rannych idzie w setki. Obecnie w prowincji Ghazni służy 2,5 tys. Polaków, którzy tak jak inne zagraniczne kontyngenty mają opuścić ten kraj do końca 2014 r.