http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czarna dziura Bagram, czyli jak Amerykanie wrobili Brytyjczyków

Mariusz Zawadzki
2012-02-15, ostatnia aktualizacja 2012-02-14 20:26

Afgańczycy w amerykańskim więzieniu Bagram, zdjęcie z marca zeszłego roku. Przebywa tam także ok. 50 cudzoziemców
Afgańczycy w amerykańskim więzieniu Bagram, zdjęcie z marca zeszłego roku. Przebywa tam także ok. 50 cudzoziemców
Fot. Dar Yasin ASSOCIATED PRESS

Dwóm ministrom brytyjskiego rządu grozi więzienie za "obrazę sądu", bo nie upomnieli się o prawa człowieka porwanego przez Amerykanów. Ta kuriozalna sytuacja dowodzi, że Zachód ciągle jeszcze nie wyplątał się z błędów "wojny z terrorem"

ZOBACZ TAKŻE
Ta zdumiewająca historia zaczyna się w lutym 2004 r. w irackiej Basrze, okupowanej wówczas przez brytyjskich żołnierzy. Przypłynęli tam dwaj młodzi Pakistańczycy Yunus Rahmatullah i Amanatullah Ali, którzy podawali się za handlarzy ryżem. I słuch po nich zaginął. Rodziny mogły tylko się domyślać, że zginęli tak jak tysiące innych ofiar irackiego piekła.

Ale w 2010 r. obydwaj "handlarze ryżem" odnaleźli się w amerykańskiej bazie Bagram w Afganistanie - podejrzewani o działalność terrorystyczną. Okazało się, że w Basrze zatrzymali ich brytyjscy komandosi i przekazali Amerykanom, którzy przerzucili ich do Afganistanu. Przez cały czas Rahmatullah i Ali byli tam więzieni i przesłuchiwani, ale nie postawiono im żadnych konkretnych zarzutów.

Baza Bagram jest rodzajem czarnej dziury, głębszej nawet niż osławione więzienie w Guantanamo na Kubie, gdzie Amerykanie przetrzymują domniemanych "wrogich bojowników" schwytanych w Afganistanie i Pakistanie. W sprawie Guantanamo wypowiadały się przynajmniej amerykańskie sądy i pod ich naciskiem wojskowi zmieniali procedury postępowania wobec więźniów. Większość aresztantów po latach uwolniono.

W przypadku Bagram rząd USA utrzymuje, że amerykańskie sądy nie mają tam jurysdykcji, bo jest to "teren ogarnięty działaniami wojennymi". Oprócz setek afgańskich więźniów znajduje się tam ok. 50 cudzoziemców, głównie Pakistańczyków lub Arabów przywiezionych z krajów Zatoki Perskiej.

Gdy Fatima, matka Rahmatullaha, dowiedziała się, że syn prawdopodobnie żyje w celi w Afganistanie, błagała w 2010 r.: "Moja rodzina jest zaszokowana faktem, że rząd Wielkiej Brytanii jest odpowiedzialny za zniknięcie mojego syna. Proszę rząd brytyjski, powiedzcie, czy to prawda, że schwytaliście mojego Yunusa i oddaliście go Amerykanom. Jako matka mam prawo wiedzieć, czy mój syn żyje. Nie wytrzymam dłużej tej niepewności. I zwróćcie mi syna, ponieważ jesteście w mocy to zrobić!".

Kobieta, pouczona przez brytyjskich obrońców praw człowieka z organizacji Reprieve, miała rację. Konwencja genewska przewiduje, że jeśli jakikolwiek kraj zatrzyma kogoś w czasie wojny i przekaże go drugiemu krajowi, to może zawsze zażądać więźnia z powrotem - o ile dzieje mu się krzywda. A drugi kraj, w tym przypadku Amerykanie, musi tego więźnia oddać.

Regułę genewską potwierdziło też trójstronne memorandum, jakie podpisały Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Australia.

Z punktu widzenia rodziny Rahmatullaha działa się krzywda - był ofiarą najzwyklejszego porwania, zorganizowanego wspólnie przez Wielką Brytanię i USA. Co więcej, w 2010 r. śledczy z Bagram napisali w raporcie, że "nie stanowi on zagrożenia dla bezpieczeństwa Ameryki". Ale trzymali go dalej.

Podobnych "porwań" były podczas "wojny z terrorem" dziesiątki tysięcy. W samym tylko 2007 r. Amerykanie przetrzymywali w swoich więzieniach w Iraku 17 tys. osób - bez postawienia im żadnych zarzutów. Średni czas aresztu wynosił rok. Potem znakomita większość była po prostu zwalniana. Z punktu widzenia amerykańskich wojskowych byli to "jeńcy wojenni", zatem prawo międzynarodowe nie było złamane. Ale z punktu widzenia rodzin, które często nie widziały o losie bliskich, Amerykanie byli porywaczami bardzo podobnymi do irackich bandziorów uprowadzających zachodnich dziennikarzy czy inżynierów. O ile jednak bandyci zwykle zwalniali zakładników po wpłaceniu okupu, o tyle Amerykanie byli nieprzekupni i wypuszczali "porwanych" według własnego widzimisię.

W przypadku Rahmatullaha prawo międzynarodowe zostało jednak złamane, bo zakazuje ono przerzucania więźniów z kraju do kraju - jak pionki na szachownicy. Dlatego organizacja Reprieve domagała się od rządu brytyjskiego, żeby zażądał jego zwrotu od USA i poddał się procedurze habeas corpus, znanej w angielskim prawie od średniowiecza. Polega ona na tym, że sąd wzywa władzę trzymającą więźnia w niewoli, żeby uzasadniła areszt. Jeśli nie uzasadni, więzień musi być wypuszczony.

W grudniu sąd apelacyjny w Londynie pod przewodem lorda Maurica Keya uznał, że w sprawie Rahmatullaha należy przeprowadzić habeas corpus. Wezwał dwóch ministrów - spraw zagranicznych i obrony - żeby doprowadzili aresztanta na salę rozpraw do 14 lutego 2012 r. - Jeśli ministrowie tego nie zrobią, dopuszczą się "obrazy sądu", co może zostać ukarane nawet więzieniem - orzekł lord Key.

"Obraza sądu" stała się faktem, bo brytyjski rząd nie zwrócił się do Amerykanów o zwrot więźnia. Ale "Washington Post" pisał kilka dni temu, że prezydent Barack Obama - przyciśnięty do muru - rozważa wypuszczenie wszystkich 50 cudzoziemców przetrzymywanych w Bagram.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':