http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak Chiny walczą z falą samospaleń w Tybecie

mak
2012-02-14, ostatnia aktualizacja 2012-02-14 15:05

Reporterowi "Guardiana" udało się dotrzeć do tybetańskiego miasta Ngaba, gdzie od miesięcy mnisi podpalają się w proteście przeciw chińskiej polityce w Tybecie

Jeden z protestujących buddyjskich mnichów
Fot. AP/Ashwini Bhatia
Jeden z protestujących buddyjskich mnichów
Władze chińskie, które próbują powstrzymać falę samospaleń, prowadzą tam operację na niespotykaną skalę. Ngaba, miasto leżące u podnóża Himalajów, zostało odcięte od świata. Nie działa tu internet i nie ma sygnału w komórkach. Na drodze dojazdowej co 20 metrów rozstawione są posterunki policyjne, które węszą zwłaszcza za dziennikarzami. Funkcjonariusze z czerwonymi opaskami na ramieniu zaglądają do pojazdów. Przepuścili jednak samochód, w którym brytyjski dziennikarz ukrył się na podłodze, przykryty płaszczami.

W Ngaba, po chińsku Aba, powiatowym mieście w tybetańskiej prefekturze w Syczuanie, mnóstwo jest obecnie mundurowych. Na nakręconym z ukrytej kamery filmie wideo widać chińskie jednostki paramilitarne rozstawione na chodnikach w potrójnym rzędzie u wejścia do restauracji i sklepów. Ulicami krążą patrole. Funkcjonariusze mają przyglądać się mnichom buddyjskim. W każdej chwili gotowi są uruchomić gaśnice.

U bram słynnego klasztoru Kirti, z którego wywodzi się połowa z 23 Tybetańczyków, którzy próbowali się podpalić, stoją na wypadek kolejnej takiej próby wozy chińskiej straży pożarnej.



Ale w zamkniętymi i ściśle nadzorowanym przez władze mieście fala samobójstw trwa. W sobotę 18-letnia mniszka Tenzin Choezin z miejscowego klasztoru oblała się benzyną i podpaliła. Obrońcy praw Tybetu uważają, że kobieta przeżyła, choć jest bardzo poparzona. Ale już w poniedziałek była następna ofiara. W płomieniach stanął 19-letni Lobsang Gyatso z tego samego klasztoru Kirti. Chińczykom udało się ugasić na nim ogień. Niedoszłego samobójcę pobili i wywieźli w nieznane miejsce. Nie wiadomo, czy przeżył - poinformowała Międzynarodowa Kampania na rzecz Tybetu (ICT) w Londynie. Dwóch Tybetańczyków usiłowało mu pomóc, lecz oni również zostali dotkliwie pobici przez policję.

Pekin, gdzie w ubiegłym tygodniu premier Wen Jiabao spotkał się z posłusznym Chinom Panczenlamą, nie zamierza jednak zmienić swojej polityki w Tybecie. Płonących mnichów nazywa terrorystami i oskarża Dalajlamę, że to on z emigracji ich podburza.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':