Reporterowi "Guardiana" udało się dotrzeć do tybetańskiego miasta Ngaba, gdzie od miesięcy mnisi podpalają się w proteście przeciw chińskiej polityce w Tybecie
Władze chińskie, które próbują powstrzymać falę samospaleń, prowadzą tam operację na niespotykaną skalę. Ngaba, miasto leżące u podnóża Himalajów, zostało odcięte od świata. Nie działa tu internet i nie ma sygnału w komórkach. Na drodze dojazdowej co 20 metrów rozstawione są posterunki policyjne, które węszą zwłaszcza za dziennikarzami. Funkcjonariusze z czerwonymi opaskami na ramieniu zaglądają do pojazdów. Przepuścili jednak samochód, w którym brytyjski dziennikarz ukrył się na podłodze, przykryty płaszczami.
W Ngaba, po chińsku Aba, powiatowym mieście w tybetańskiej prefekturze w Syczuanie, mnóstwo jest obecnie mundurowych. Na nakręconym z ukrytej kamery filmie wideo widać chińskie jednostki paramilitarne rozstawione na chodnikach w potrójnym rzędzie u wejścia do restauracji i sklepów. Ulicami krążą patrole. Funkcjonariusze mają przyglądać się mnichom buddyjskim. W każdej chwili gotowi są uruchomić gaśnice.
U bram słynnego klasztoru Kirti, z którego wywodzi się połowa z 23 Tybetańczyków, którzy próbowali się podpalić, stoją na wypadek kolejnej takiej próby wozy chińskiej straży pożarnej.
Ale w zamkniętymi i ściśle nadzorowanym przez władze mieście fala samobójstw trwa. W sobotę 18-letnia mniszka Tenzin Choezin z miejscowego klasztoru oblała się benzyną i podpaliła. Obrońcy praw Tybetu uważają, że kobieta przeżyła, choć jest bardzo poparzona. Ale już w poniedziałek była następna ofiara. W płomieniach stanął 19-letni Lobsang Gyatso z tego samego klasztoru Kirti. Chińczykom udało się ugasić na nim ogień. Niedoszłego samobójcę pobili i wywieźli w nieznane miejsce. Nie wiadomo, czy przeżył - poinformowała Międzynarodowa Kampania na rzecz Tybetu (ICT) w Londynie. Dwóch Tybetańczyków usiłowało mu pomóc, lecz oni również zostali dotkliwie pobici przez policję.
Pekin, gdzie w ubiegłym tygodniu premier Wen Jiabao spotkał się z posłusznym Chinom Panczenlamą, nie zamierza jednak zmienić swojej polityki w Tybecie. Płonących mnichów nazywa terrorystami i oskarża Dalajlamę, że to on z emigracji ich podburza.