Premier i faworyt wyborów prezydenckich, które odbędą się 4 marca, ogłosił w poniedziałek w prasie kolejny fragment swego programu - tym razem w "Komsomolskiej Prawdzie" napisał o przyszłej polityce społecznej.
Zapewnił, że do 2020 "na 60 proc.", a do 2030 roku już ostatecznie rozwiąże "problem dostępności nowych, nowoczesnych mieszkań". Żeby to zrealizować, postara się obniżyć koszty budownictwa mieszkaniowego o 20-30 proc.
Rosjanie przypomnieli sobie, że takie same wizje roztaczali przed nimi kolejni przywódcy ZSRR Nikita Chruszczow (1953-64), Leonid Breżniew (1964-82), a nawet Michaił Gorbaczow (1985-91). Ten ostatni w pierwszych latach swej pierestrojki zapewniał, że w 2000 roku każdy obywatel Związku Radzieckiego będzie mieszkać w swoim lokalu. I jako jedyny w pewnym sensie słowa dotrzymał - w 2000 roku rzeczywiście nie było ani jednego obywatela ZSRR, który nie miałby swego
mieszkania. Ale tylko dlatego, że dziewięć lat wcześniej Związek Radziecki przestał istnieć.
Z tego, co napisał Putin, wynika, że jego prognozy opierają się na fałszywych przesłankach. W tekście znalazło się stwierdzenie, że dziś statystyczny Rosjanin na to, by kupić sobie 54-metrowe mieszkanie, musi odkładać średnią pensję przez 4,5 roku. W rzeczywistości taki lokal w Moskwie kosztuje dziś tyle, ile przeciętny Rosjanin zarabia przez 30 lat. Mieszkaniec Niżnego Nowgorodu, gdzie buduje się znacznie taniej niż w stolicy, musi pracować 13,5 roku.
Nic dziwnego, że przez osiem lat prezydentury Putina i kolejne cztery lata jego premierowania tylko 4 proc. Rosjan rozwiązało swój "problem mieszkaniowy".
Kolejną, jak to określa prof. Anatolij Wiszniewski, guru rosyjskich demografów, "fantastyczną wizją" jest zawarta w artykule premiera zapowiedź wzrostu liczby obywateli Rosji do 2050 roku o 12 mln.
Putin napisał, że jeśli utrzymają się dzisiejsze tendencje demograficzne, to w połowie wieku w Rosji będzie tylko 107 mln ludzi - o 36 mln mniej niż dziś. Ale premier obiecuje, że uda się temu zapobiec i sprawić, by kraj liczył w 2050 roku 155 mln obywateli. Jak? Zapowiada np., że rodzinie, w której pojawi się trzecie
dziecko, państwo będzie pokrywać koszty jego utrzymania.
Putin obiecał też "mądrą" politykę migracyjną, dzięki której Rosja co roku mogłaby "przyrastać" o 300 tys. nowych obywateli. To akurat stoi w sprzeczności z tym, co sam premier dwa tygodnie temu pisał w innym artykule poświęconym polityce narodowościowej - bo wtedy mówił o zaostrzeniu polityki imigracyjnej.
Putin nie przypomniał też, że przez ostatnią dekadę jego rządów liczba Rosjan zmniejszyła się o 2,8 mln i ciągle spada, a perspektywy kraju są fatalne. Prof. Wiszniewski ostrzega, że kraj stanął na skraju przepaści demograficznej, bo w wiek rozrodczy wkracza pokolenie głębokiego niżu demograficznego lat 90. XX w. Dzieci będzie się więc rodzić bardzo mało, a według eksperta liczba mieszkańców kraju będzie się co roku zmniejszać o pół miliona.
Zdaniem Jewgienija Gontmachera, jednego z szefów prezydenckiego Instytutu Rozwoju Współczesnego, socjalnego manifestu faworyta wyścigu o Kreml poważnie przyjmować nie należy: - To są tylko obietnice wyborcze niepoparte żadnymi wyliczeniami. Mamy tu zapowiedź podwyższenia stypendiów studentom, podwyżek płac nauczycieli, lekarzy,
robotników - i to do 200 proc. średniej krajowej. I jeszcze utrzymania dzisiejszego wieku przechodzenia na emeryturę, który u nas w rzeczywistości wynosi średnio 54 lata. Ile to wszystko będzie kosztować? Skąd wziąć na to pieniądze bez rewolucji budżetowej i podatkowej? Niedawno byłem na spotkaniu z ministrem finansów Antonem Siłuanowem, który mówił, że budżet kraju już jest "przepełniony" zobowiązaniami socjalnymi i więcej ich nie udźwignie.
Gontmacherowi artykuł w "Komsomolskiej Prawdzie" przypomina starą anegdotę o tym, że "jeżeli partia mówi, że nie da, to nie da, a jeśli mówi, że da, to znaczy, że mówi". - Chociaż może Putin kalkuluje po swojemu i wie, że baryłka ropy będzie wkrótce kosztować 200 dol, a wtedy starczy mu pieniędzy na wszystko - podkreśla.