Chodzi o beduińską osadę Rahava w południowym Hebronie na Zachodnim Brzegu. Leży na pustynnej ziemi w tzw. strefie C, gdzie obowiązuje prawo wojskowe. Z pieniędzy otrzymanych od polskiego MSZ oddział PAH w Jerozolimie odbudował w Rahavie sześć zbierających wodę cystern pochodzących jeszcze z czasów rzymskich.
Wojsko przyjechało wczoraj do Rahavy wcześnie rano. Usunęli ludzi. Buldożery zrównały z ziemią wioskę, ocalało ledwie kilka namiotów. Na szczęście armia nie zauważyła dwóch cystern położonych za górką. Zniszczona została z pewnością jedna w środku wioski - betonowy kołnierz jest zgruchotany, do środka wpadł gruz, piach i śmieci.
Po południu w Rahavie kilkudziesięciu mieszkańców nie wiedziało jeszcze, jak spędzą noc. Zbierali dobytek, który ocalał. Kobiety i dzieci płakały.
W drugiej połowie 2011 r. PAH odrestaurował łącznie 20 cystern, w Rahavie i dwóch innych wioskach. Niektóre mieszczą aż 230 m sześc. wody. Dla Palestyńczyków są one jej jedynym źródłem.
PAH podpisywał umowy na ich oczyszczenie, bo w środku były śmieci, błoto, a nawet zdechłe zwierzęta. Beduini wykańczali je betonowymi kołnierzami i robili szczelne zamknięcia. Te, które przetrwały izraelską akcję, nabierają wody, bo trwa pora deszczowa.
Już latem Beduini z Rahavy otrzymali tzw. stop working order pod groźbą zniszczenia wioski. Dokument uznawał ich namioty - nawiasem mówiąc, dar od zagranicznej organizacji pozarządowej - za "nielegalnie wzniesione konstrukcje" (czytaj:
domy).
Faktycznie Beduini nie mają żadnych "papierów" potwierdzających ich prawo do terenów, gdzie mieszkają z dziada pradziada. To prości ludzie, załatwianie formalności przekracza ich możliwości, brak im też pieniędzy na płacenie podatków.
Organizacje pozarządowe z całego świata coraz głośniej wyrażają oburzenie postępowaniem władz izraelskich, które utrudniają ludności palestyńskiej dostęp do wody. Stanowi to ich zdaniem naruszenie umowy z 1994 r. podpisanej przez Icchaka Rabina i Jasera Arafata rok po słynnych rozmowach w
Oslo pod naciskiem prezydenta
USA Billa Clintona. Umowa stanowiła, że woda jest wspólna, a dostęp do niej równy.
W praktyce, aby wywiercić studnię, Palestyńczycy muszą zdobyć zgodę komisji izraelsko-palestyńskiej, w której
Izrael ma prawo weta, a także 13 departamentów Izraelskiego Urzędu Administracji Cywilnej. Trwa to średnio pięć lat, ponad 94 proc. podań jest odrzucanych.
Komisja spraw zagranicznych parlamentu Francji w styczniowym raporcie oskarżyła Izrael o prowadzenie na Zachodnim Brzegu polityki "wodnego apartheidu". Stwierdziła, że 450 tys. żydowskich osadników zużywa tu więcej wody niż 2,3 mln Palestyńczyków, a Izrael "systematycznie niszczy studnie wykopane przez Palestyńczyków". Dyplomaci Izraela uznali raport za "poważne naruszenie zasad dyplomatycznych". MSZ Francji zdystansował się od raportu komisji.
Pół kilometra od Rahavy stoi otoczona murem i strzeżona przez oddział wojska
luksusowa żydowska osada. W środku zielono, podlewają drzewka, trawniki. Ścieki spuszczają do rzeki płynącej tuż koło Rahavy.
Według informacji PAH organizacja żydowskich osadników - Regavim - naciska na władze wojskowe, by zburzyły Zanutę, drugą wioskę, gdzie PAH remontował cysterny.
Zapytaliśmy wczoraj polski MSZ, czy będzie reagował na naruszenie praw arabskiej ludności i marnowanie pieniędzy polskiego podatnika.
Odpowiedź: "W tej chwili nasz przedstawiciel w Ramallah sprawdza te doniesienia. Jeśli się potwierdzą, wystąpimy do strony izraelskiej o wyjaśnienia. Od nich będą zależały ewentualne dalsze działania MSZ".
Po chwili nadeszło uzupełnienie: "Problem ludności beduińskiej, w tym kwestia dostępu do wody, jest obecnie jednym z tematów dyskusji na forach unijnych. Rozważane są działania Wspólnoty mające na celu doprowadzenie do przestrzegania przez Izrael prawa międzynarodowego i podjętych zobowiązań".
Wywiad z Martą Kaszubską, szefową PAH w Jerozolimie, przeczytasz tutaj