"Już czas, Chińczycy, już czas - pisał 59-letni dziś Zhu. - Masz nogi, więc ruszaj na plac i dokonaj wyboru". I dodał: "
Chiny należą do wszystkich/ Z naszej własnej woli/ wybieramy, jakie mają być"
Sąd w jego rodzimym Hangzhou na wschodzie Chin potraktował wiersz dosłownie jako nawoływanie do zamieszek. Poetę oskarżono też o rozsyłanie przez
Skype'a antyrządowych komunikatów. Proces odbywał się przy drzwiach zamkniętych - na salę wpuszczono jedynie żonę i syna oskarżonego.
Zhu, który po napisaniu wiersza udzielił wielu wywiadów, nie ukrywał, że zainspirowała go "arabska wiosna". Poeta, który zamierza odwołać się od wyroku, oświadczył w sądzie, że jest niewinny. Swój wiersz jedynie odczytał znajomym, nie rozpowszechniał go. Sąd nie dał mu jednak wiary.
Bo to już trzeci wyrok Zhu. W 1999 r. został skazany na siedem lat za założenie Demokratycznej Partii Chin. Gdy wyszedł z więzienia,
policja nie przestawała go nękać. W 2007 r. dostał kolejne dwa lata, gdy w czasie rewizji stanął w obronie syna i został skazany za "utrudnianie czynności służbowych" policji.
Obserwatorzy zwracają uwagę, że wyrok na Zhu zapadł tuż przed wizytą chińskiego wiceprezydenta Xi Jingpinga w Waszyngtonie. Xi to przypuszczalnie przyszły przywódca Chin. Jesienią odbędzie się tam zjazd partii komunistycznej, najważniejsze wydarzenie polityczne chińskiej pięciolatki, który zapoczątkuje wymianę ekipy rządzącej. Xi jedzie więc za ocean, by zaprezentować się najważniejszemu gospodarczemu partnerowi Chin.
Zbieżność nie jest zapewne przypadkowa. Niedawno chiński przywódca Hu Jintao napisał w przeglądzie partyjnym, że Chiny muszą stawić czoła "wrogim wpływom zagranicy". Również Waszyngton sygnału nie lekceważy - przygotowujący wizytę Xi wiceprezydent Joe Biden spotkał się w Białym Domu z chińskimi i amerykańskimi obrońcami praw człowieka.
Mieszkający w Hongkongu publicysta Willy Lama pisze, że w Chinach postępuje polityczne zlodowacenie, tak głębokie, że ocieplenie zajmie wiele lat. Przez ostatnie dwie dekady od masakry na placu Tiananmen 1989 r. (wojsko zmasakrowało studentów domagających się demokratyzacji kraju) Chiny wykonały epokowy gospodarczy skok do przodu, któremu nie towarzyszyły reformy polityczne. W partii reformatorzy, do których zaliczany jest premier Wen Jiabao, są w odwrocie - pisze Lam w internetowym wydaniu "Asia Times".
Tę tendencję wzmocniły rewolucje arabskie. Przywódcy chińscy zabrali się do tłumienia protestów w zarodku, jeszcze zimą 2011 r. rozpoczęła się fala represji wobec dysydentów - zatrzymano ich ponad stu.
W grudniu br. na 10 lat więzienia skazani zostali dwaj literaci Chen Xi i Li Ti. Pod koniec zeszłego roku 9 lat dostał dysydent Chen Wei. Znani pisarze Liao Yiwu i Yu Jie uciekli z Chin.
Drakońskie wyroki na pisarzy tym bardziej zdumiewają, że jednocześnie w chińskim internecie, na ponad 200 mln
blogach i na weibo.sina, chińskim Twitterze, roi się od wypowiedzi politycznych.
Okazji do krytykowania władz nie brakuje. W grudniu śledzono bunt Wukan, wsi na południu Chin, której władze sprzedały chłopską ziemię deweloperom. Ludność wyszła na ulice, szarżowała policja, zginął przywódca protestu. Wtedy Wukan wygnał sekretarza partii i lokalne władze. Epilog sprawy jest zaskakujący: sekretarz prowincji wysłał do Wukan negocjatorów i zgodził się na wybory do władz wioski.
Dlaczego więc w tym samym kraju, gdzie internetu nie ma jak do końca skontrolować, wysyła się na lata dysydentów za kratki? Ich winą może być sprzeciwianie się wprost partii, a też powoływanie się na model zachodni. Bezpieka rozprawia się np. z weteranami Tiananmen, należącymi do bardziej znanego na Zachodzie niż w Chinach kręgu laureata pokojowego Nobla Liu Xiaobo, autora Karty 2008 wzorowanej na Karcie '77 Vaclava Havla.
Liu skazano w 2009 r. na 11 lat. Ani on, ani nikt z jego rodziny nie mógł opuścić Chin i pojechać do
Oslo odebrac Nobla. Jego żona Lu Xia przebywa w areszcie domowym w Pekinie.