Sławy zazdrościli mu koledzy po fachu na całym świecie. Jego głośne śledztwa - wszczynane na podstawie prawa międzynarodowego i powszechnego wymiaru sprawiedliwości - dotyczyły zbrodni przeciw ludzkości popełnianych przez dyktatorów i ich podwładnych. Wzbudzały uznanie i zachwyty obrońców praw człowieka i lewicy, a ściągały nań gromy prawicy i obrońców narodowej suwerenności. Ale takiego upadku nie spodziewali się nawet jego wrogowie.
Sąd najwyższy w Madrycie w siedmioosobowym składzie skazał w czwartek Garzóna jednogłośnie na 11 lat zakazu wykonywania zawodu za nadużycie władzy i pogwałcenie prawa oskarżonych do obrony w zwykłej sprawie kryminalnej o korupcję.
Prowadząc śledztwo w sprawie korupcji wysokich urzędników regionalnego rządu w Walencji, Garzón w 2009 r. założył podsłuchy dwóm aresztowanym biznesmenom (podejrzewanym o wręczanie łapówek w celu zdobycia rządowych kontraktów), by poznać treść ich rozmów z adwokatami. Uważał, że na polecenie oskarżonych obrońcy mataczą, tzn. zacierają ślady przestępstw, oraz porozumiewają się z podejrzanymi politykami regionalnego rządu.
Prawo hiszpańskie pozwala na podsłuchiwanie oskarżonych i ich obrońców w sprawach o terroryzm, ale w innych nie wypowiada się wyraźnie. Sąd uznał postępowanie Garzóna za nielegalne, zarzucił mu "drastyczne i nieuprawnione pogwałcenie konstytucyjnego prawa do obrony" oraz stosowanie "praktyk godnych reżimów totalitarnych". - Polegają one na założeniu, iż w celu uzyskania informacji, które mogą interesować państwo, wolno pominąć konstytucyjnie gwarantowane prawa obywatelskie, czyniąc z nich puste slogany - uznali sędziowie.
Ich zdaniem Garzón kierował się zwykłymi podejrzeniami i nie miał żadnych dowodów na to, że obrońcy oskarżonych popełniali przestępstwo. - Nie jest to zatem błędna interpretacja prawa, ale postępowanie arbitralne, pozbawione podstaw i niszczące prawną konstrukcję procesu karnego jako procesu sprawiedliwego.
Wyrok jest prawomocny i nie można się od niego odwołać. Oznacza praktycznie koniec kariery 56-letniego Garzóna. Ten po ogłoszeniu wyroku opuścił gmach sądu bez słowa. Jego obrońca oświadczył, że jest załamany.
Ale czeka go jeszcze jeden wyrok - w drugim, zakończonym przedwczoraj procesie. Tym razem został oskarżony o świadome nadużycia w sprawie o ściganie zbrodni dyktatury frankistowskiej w Hiszpanii w latach wojny domowej 1936-39 i po jej zakończeniu. Skrajnie prawicowe stowarzyszenia pielęgnujące pamięć gen. Franco zarzuciły mu, że nie miał prawa wszczynać śledztwa, bo wszystkie zbrodnie dyktatury zostały objęte amnestią w 1977 r. albo przedawnione, a winni i tak już dawno nie żyją.
Garzón bronił się, że skrytobójcze mordy co najmniej 118 tys. osób pochowanych w anonimowych i nigdy nieodnalezionych grobach w rozumieniu prawa międzynarodowego były zbrodniami przeciw ludzkości, które nie ulegają przedawnieniu, nie obejmuje ich też amnestia. Dowodził również, że w przypadku zaginięcia ofiar bez wieści według hiszpańskiego prawa przestępstwo trwa, dopóki zwłoki nie zostaną odnalezione.
Podobne argumenty zastosował wcześniej, prowadząc śledztwa w sprawie zbrodni dyktatur wojskowych w Argentynie i
Chile. Jego międzynarodowy list gończy doprowadził do aresztowania chilijskiego generała Augusto Pinocheta w Londynie w 1998 r. oraz skazania kilku oprawców junty argentyńskiej w Hiszpanii.
W obronie Baltasara Garzóna stają obrońcy praw człowieka na całym świecie domagający się rozliczenia zbrodni dyktatur i odrzucenia narodowych immunitetów polityków w imię sprawiedliwości uniwersalnej.
Obrońcy dyktatur oraz zwolennicy wymiaru sprawiedliwości ograniczonego do państw narodowych potępiają go jako lewaka i gwiazdora naginającego prawo do własnych przekonań.