Jeszcze kilka dni temu, po wygranych przez multimilionera Romneya prawyborach na Florydzie i w Newadzie, byłego senatora Santoruma pytano głównie o to, kiedy zgrezygnuje z kandydowania. Ale wczoraj sensacyjnie, i bardzo wyraźnie, wygrał on w Kolorado, Minnesocie i Missouri. I po głosowaniach w ośmiu stanach bilans kandydatów przedstawia się następująco: Santorum wygrał w czterech, Romney - w trzech, a były szef Izby Reprezentantów Newt Gingrich - w jednym.
Sztab wyborczy Romneya już kilka godzin przed ogłoszeniem wyników wyczuł, skąd wieje wiatr. Rozsyłał dziennikarzom maila z wyjaśnieniem, że wtorkowe prawybory w trzech stanach nie mają w zasadzie żadnego znaczenia i żeby nie traktować ich serio. Nie wyłoniły one ani jednego z 2228 delegatów, którzy w sierpniu na konwencji Partii Republikańskiej wybiorą rywala dla Baracka Obamy na jesienne wybory.
Oddziały Republikanów w poszczególnych stanach mają własne, często niezwykle skomplikowane metody wyboru delegatów. Delegaci z Florydy mają np. obowiązek głosować na kandydata, który w tym stanie wygrał prawybory, ale w Kolorado i Minnesocie takiego obowiązku nie ma, a w Missouri nawet nie wybierano we wtorek delegatów. Był to w zasadzie rodzaj stanowego sondażu wyborczego (delegatów wybiera się na partyjnych wiecach w marcu). W rachunkach "zaklepanych" głosów na ogólnokrajową konwencję Romney wyraźnie prowadzi - ma ich 101, Gingrich - 32, a Santorum - 17.
W pewnym sensie zatem Romney ma rację, jednakże propagandowo i prestiżowo poniósł dotkliwą porażkę. Cztery lata temu, kiedy również kandydował na prezydenta, ale ostatecznie przegrał nominację z senatorem Johnem McCainem, wygrał w Kolorado i Minnesocie zdecydowanie.
- Dzisiaj przekonaliśmy się, jak wyglądają wybory, jeśli któryś kandydat nie wydaje na reklamy dziesięć razy więcej niż pozostali - mówił uszczęśliwiony Santorum. Nie ma on prawie pieniędzy na kampanię, ale ponieważ Romney również nie wydał na trzy "wtorkowe" stany zbyt wiele, szanse były w miarę wyrównane.
Były senator z Pensylwanii od miesięcy próbuje przekonać wyborców, że jest jedynym prawdziwym konserwatystą w czwórce kandydatów (stawkę uzupełnia jeszcze kongresmen z Teksasu Ron Paul). Podkreśla, że najważniejszą wartością jest rodzina i odrzuca śluby homoseksualistów. Proponuje zwiększone ulgi podatkowe dla rodzin oraz odpisy od podatków dla tych właścicieli domów, którzy zdecydują się je teraz sprzedać po cenie znacznie niższej niż przed wybuchem kryzysu. Wielu Amerykanów, dawniej często zmieniających miejsca zamieszkania, jest w ostatnich latach "uziemionych", bo gdyby sprzedali dom, straciliby dużo pieniędzy. Dlatego czekają na poprawę koniunktury. Pomysł Santoruma przywróciłby im wolność.
Santorum prezentuje się bardzo kompetentnie w telewizyjnych debatach. Z zimną precyzją, jak na prawnika z wykształcenia przystało, wytyka np. Romneyowi, że reforma zdrowia, którą wprowadził w stanie Massachusetts jako gubernator, jest bliźniaczo podobna do znienawidzonej przez Republikanów "socjalistycznej" reformy, którą Obama przepchnął potem w skali całego kraju.
Były senator nie stosuje jednak tanich chwytów pod publiczkę, jak np. Gingrich, który wściekle atakuje "liberalne media" i zbija punkty u wyborców niechętnych "elitom" i "salonom w Waszyngtonie". Dlatego sensowna argumentacja Santoruma nie trafiała, przynajmniej do wczoraj, do republikańskich wyborców.
Dużym atutem Santoruma jest pochodzenie - urodził się w rodzinie włoskiego imigranta, który ciężko pracował jako górnik w kopalniach węgla w Pensylwanii. Dlatego niezamożnym wyborcom wydaje się znacznie bardziej wiarygodny i osadzony w rzeczywistości niż np. Romney - syn multimilionera w zasadzie nigdy nie zakosztował "normalnego" życia, za to ma konta w rajach podatkowych na Kajmanach i Bermudach.
W drodze życiowej Santoruma nie ma gwałtownych zwrotów (np. Romney jest teraz przeciwko swojej reformie zdrowia) ani kompromitujących "prawdziwego konserwatystę" i "żarliwego katolika" epizodów (jak Gingrich, który ma już trzecią żonę, a poprzednie wymieniał na młodsze partnerki; porzucane chorowały akurat na raka i stwardnienie rozsiane). - Jeśli chcecie, żeby głównym tematem wyborów były zmarnowane cztery lata Obamy, a nie przeszłość kandydata Republikanów, wybierzcie mnie - powtarza Santorum.
Byłby zatem świetnie rokującym kandydatem, gdyby nie fakt, że ma wielokrotnie mniej pieniędzy niż Romney, a jego konserwatywne poglądy - przynoszące głosy partyjnego betonu w prawyborach - będą odstraszać umiarkowanych wyborców w jesiennym starciu z Obamą. W serwisie bukmacherskim Intrade.com jego szanse na nominację są oceniane na 10 proc. (Romneya na 80 proc.).
Kiedyś Santorum wymienił jednym tchem gejów, pedofilów i zoofilów, za co homoseksualni blogerzy zemścili się na nim okrutnie - stworzyli stronę internetową z naprędce wymyśloną definicją słowa "santorum" ("pienista maź będąca mieszanką masy kałowej i lubrykantu, która jest czasem efektem seksu analnego"). - To miało być coś, co sprawi, że z jego wielkiego pustego łba wypadną wszystkie zęby - mówił pomysłodawca. Definicja ta wciąż jest na pierwszym miejscu w wyszukiwarce
Google, nawet pomimo wczorajszego triumfu kandydata.
Emocje budził też sposób, w jaki państwo Santorumowie zareagowali na rodzinną tragedię - jeden z synów urodził się martwy. Zabrali ciało noworodka ze szpitala do domu i pokazali je starszym dzieciom, mówiąc, żeby poznali swojego braciszka Gabriela. Potem go pochowali. Niektórzy komentowali, że była to zbyt duża trauma
dla dzieci.