Byli żołnierze dyktatora Muammara Kaddafiego zabrali ze sobą z Libii broń, w tym rakiety przeciwczołgowe i przeciwlotnicze. Jesienią ogłosili powstanie Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu - jak nazywają północną, "okupowaną" część Mali - a w ostatnich tygodniach zaatakowali sześć miast w tych okolicach.
Malijska armia przyzwyczajona do powstań tuaregów uzbrojonych najwyżej w kałasznikowy była zaskoczona. Według ministerstwa obrony w ubiegłym tygodniu w rejonie Tiumbuktu żołnierze zabili 20 rebeliantów, jednak władze przyznają, że tuaregowie opanowali kilka miast.
- Nagle znaleźliśmy się twarzą w twarz z tysiącem silnie uzbrojonych ludzi - mówił minister spraw zagranicznych Soumeylou Boubeye Maiga. - Stabilność całego regionu jest zagrożona.
Ministra zdymisjonował prezydent Amadou Toumani Toure. W ostatnią sobotę wystąpił on w telewizji i ogłosił, że wojsko nie mogło wejść do miasta Aguelhoc zajętego przez "Al-Kaidę Islamskiego Maghrebu, byłych żołnierzy libijskich i dezerterów z armii".
Rebelianci zaprzeczają oskarżeniom o związki z Al-Kaidą. Jednak Zachód obawia się, że islamscy terroryści wykorzystają niestabilną sytuację.
Francja i
USA zaoferowały rządowi Mali wsparcie wojskowe, a UE 63 mln euro na wzmocnienie bezpieczeństwa w północnej części kraju.
Tuaregowie należą do ludów berberyjskich, które dominowały w Afryce Północnej przed ekspansją Arabów. Większość żyje na terytorium Nigru i Mali. Tradycyjnie żyli na pustyni, prowadzili koczowniczy tryb życia niepodporządkowani żadnej władzy państwowej, nierozumiejący nawet pojęcia państwa.
W ciągu ostatnich stu lat czterokrotnie wybuchały większe powstania tuaregów (ostatnie 2007-09). W Nigrze rebelianci ogłosili swój region autonomiczny, w Mali niepodległe państwo. Bunty tłumiono, ale władza jest zbyt słaba, żeby objąć ścisłą kontrolą bezkresną pustynię.
Pułkownik Kaddafi umiejętnie rozgrywał tuaregów dla swoich celów, to wspierając ich, to zdradzając. Po katastrofalnych suszach w latach 70. i 80. wielu młodych Malijczyków i Nigerczyków wyprowadziło się do wojskowych obozów szkoleniowych w Libii. Potem walczyli na wojnach wywoływanych przez Kaddafiego, m.in. w Czadzie, od czasu do czasu destabilizując też rządy w Nigrze i Mali.
W październiku 2011 r., zaraz po upadku ich libijskiego sponsora, najemnicy ruszyli w rodzinne strony. Dla Libii, która próbuje odzyskać stabilność po wielomiesięcznych walkach, to dobra wiadomość. Do starć z udziałem zwolenników upadłego reżimu dochodzi tam sporadycznie - o wiele większym problemem są walki wybuchające między rozmaitymi frakcjami powstańców.
Ale dla biednych i słabych państw saharyjskich przybycie bezrobotnych najemników to tragedia. "Mali najboleśniej doświadcza skutków upadku Kaddafiego - pisze amerykański instytut analityczny Stratfor. - Napływ dobrze wyszkolonych i uzbrojonych bojowników dowodzonych przez pułkownika armii libijskiej był paliwem dla tlącego się od dawna powstania tuareskiego".
Według międzynarodowych organizacji pomocowych już 15 tys. cywilów uciekło z Mali do Nigru i Mauretanii. Jedni uciekają przed walkami, inni z obawy przed odwetowymi atakami rebeliantów albo sił rządowych. - Schronienia są prowizoryczne. Uchodźcy, w tym wiele kobiet i
dzieci, cierpią na brak jedzenia i wody - mówi Juerg Eglin z lokalnego oddziału Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.