We wtorek do Damaszku na rozmowy z prezydentem Baszarem al-Asadem przyjechali rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow i szef wywiadu Michaił Fradkow. Ich misja nie przybliżyła jednak zakończenia krwawego konfliktu w Syrii.
Po drodze z lotniska gości witały - z flagami ich państwa - tysiące zwolenników reżimu. Ludzie wiwatowali na cześć "wielkiej Rosji, przyjaciela Syrii".
Po zakończeniu rozmów nie ogłoszono jednak nic nowego. Asad jedynie powtórzył dawniejsze obietnice, iż wkrótce ogłosi termin referendum w sprawie nowej konstytucji i że jest gotów rozmawiać z opozycją.
W tym samym czasie syryjska armia kontynuowała artyleryjski ostrzał miasta Hims, gdzie w ostatnich dniach zginęło kilkuset mieszkańców, także
dzieci.
Rozmowa z Fiodorem Łukianowem, redaktorem naczelnym kwartalnika "Rosja w Polityce Globalnej" Wacław Radziwinowicz: Gdy w sobotę Moskwa wspólnie z Pekinem zawetowała rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Syrii, która potępiała Asada i wzywała go do oddania władzy wiceprezydentowi, pod adresem Rosji padły oskarżenia, że ponad prawa człowieka stawia obronę swoich handlowych i politycznych interesów. Czego Rosja broniła? <b>Fiodor Łukjanow:</b>Ważne jest przede wszystkim to, że niczego już obronić nie mogła. Reżim Baszara al-Asada popada w coraz większą izolację, delegitymizuje się, nie chcą z nim mieć do czynienia ani kraje arabskie, ani państwa zachodnie ewakuujące ambasady z Damaszku. Moskwa się spóźniła. Może gdyby wcześniej, przed debatą w ONZ, nasi politycy przekonali Asada do tego, że reformy i rozmowy z opozycją są konieczne, dałoby się coś uratować.
Trudno sobie wyobrazić Rosję namawiającą dyktatora do negocjacji z opozycjonistami. - Tak, to byłaby dla naszych dyplomatów rola zupełnie nietypowa.
Co Rosja może stracić w Syrii, gdy tam - co wydaje się nieuchronne - zmieni się władza? - Dużo. Przede wszystkim przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę na Bliskim Wschodzie. Asad jest naszym ostatnim sojusznikiem w regionie, a nowych w najbliższej przyszłości nie zyskamy.
A Palestyńczycy? - Im też już do niczego nie jesteśmy potrzebni. No, może do wykonywania jakichś symbolicznych gestów...
Rosja straci też bazę swej marynarki wojennej w syryjskim porcie Tartus, która służyła jej od 41 lat. - Tartus to nie jest pełnowartościowa baza wojskowa, raczej punkt remontowo-zaopatrzeniowy dla floty operującej na Morzu Śródziemnym. Ale to ważny symbol, jedyna placówka naszych sił zbrojnych poza dawnymi granicami ZSRR. Prawdę mówiąc, nie jest ona Rosji niezbędna. Nasz kraj staje się mocarstwem regionalnym, nie potrzebuje już dalekich baz.
Syria pod rządami Asada jest ważnym klientem rosyjskiej zbrojeniówki. Niecałe dwa tygodnie temu podpisała wart 550 mln dol kontrakt na dostawę 36 odrzutowców szkoleniowo-bojowych Jak-130. - Damaszek zajmuje siódme miejsce wśród nabywców naszego uzbrojenia. Jeśli zerwie współpracę, stracimy podpisane już umowy na dostawę broni wartej 5 mld dol. Ale nie to jest najboleśniejsze dla przywódców Rosji. Niedawno przepadły nasze kontrakty na dostawę broni dla Libii. To strata zamówień na 4 mld dol. Sankcje nałożone na Iran kosztowały nas kolejne 13 mld. To bardzo złości ludzi pracujących w przemyśle zbrojeniowym. A przecież to też są wyborcy, przy tym bardzo liczni. A poza klientami takimi jak Syria czy Iran, reputacja których jest wątpliwa, nasza zbrojeniówka ma i solidnych partnerów, choćby
Wietnam czy Indonezję. I oni już pytają, czy Moskwa dotrzymuje umów tylko wtedy, kiedy Zachód nie wywiera na nią nacisków.
Rosja wysłała więc we wtorek swego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa i szefa wywiadu Michaiła Fradkowa do Damaszku w sumie tylko po to, żeby pokazać, że swoich w biedzie nie opuszcza? - Tak. Ich przesłanie do Asada mogło być tylko takie, że Rosja zrobiła już wszystko, co mogła, i nie jest w stanie dalej go chronić. Więc losy reżimu zależą już tylko od tego, czy on sam pójdzie na ustępstwa.
To była pożegnalna wizyta? - Misja Ławrowa przypomina mi wyprawę byłego premiera, doświadczonego dyplomaty Jewgienija Primakowa do Bagdadu na kilka dni przed atakiem Amerykanów na Irak w 2003 r. On wtedy próbował uzmysłowić Saddamowi Husajnowi, że sytuacja jest bardzo poważna. I nic nie wskórał. Saddam go nie zrozumiał i na pożegnanie powiedział mu jeszcze: "Spotkamy się w tym samym miejscu za 20 lat".